Dieta cud

28.03.2006 r.

Przyszła wiosna. Nareszcie. Nawet słonko świeci tak, że aż się chce. Śnieg pod wpływem tych promyków szybko topnieje (topnienie- zjawisko zmiany substancji ze stanu stałego w ciekły……..), a nie topi się, bo przecież lód pływa. (topienie – ciało stałe o gęstości większej od cieczy idzie na dno – proszę przypomnieć sobie prawo Archimedesa). Ale niestety, po tym topnieniu śniegu i lodu, w kałużach topią się wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, na podwórku i chodniku, pozostałości zimowych spacerków z „najlepszym przyjacielem człowieka”.
Rodzina myśli, że mam jeszcze zimową deprechę, bo siedzę w domu i z oporami gdziekolwiek mogą mnie wyciągnąć. Dopóki wzrastająca trawka nie zasłoni swego dobroczynnego nawozu i będę dostawał torsji na ten „aromatyczny widok”,dopóty taki będę. A co, nie wolno mi mieć drobnych słabości.
Choć z drugiej strony na wiosnę i na następujące po niej lato, przydałoby się zrzucić nadmiar ciężaru. Przykro mi, ale dieta oparta na torsjach osobiście mi nie odpowiada. Może komu innemu- jest to jedna z propozycji dla zdesperowanych grubasków.
Jesień i zima poprawiły mi wygląd o jakieś 5 kg, tak myślę. Od Małgosi słyszę codziennie o potrzebie wspólnego podjęcia dzieła odbudowy naszych wizerunków, na potrzeby świata zewnętrznego. Przy okazji dowiaduję się, że odpowiednie odżywianie ma zbawienny wpływ na zdrowie. Nie tylko od Gosi, ale od wielu życzliwych, niewiele w gabarytach odbiegających od mych kształtów osób, dostaję takie wskazówki.
Postanowiłem przeanalizować ten proces. Telewizja, internet, porady w każdej gazecie i czasopiśmie, pełne są tzw. „diet cud”. Najgorsze, że nakazują restrykcyjnie jeść coś, czego nawet wygłodniały „najlepszy przyjaciel człowieka”, nie wziąłby do pyska, nawet za cenę swego życia.
Parę osób, które zachwalały tę czy inną dietę, same z wyglądu nie przypominały, żeby zmieniły się im jednostki masy. Podobno występuje zjawisko jojo, czy jakoś tak.
Moja diagnoza żywienia opiera się na podstawach naukowych. Jak wiadomo człowiek zbudowany jest w 90% z wody, a reszta to kości i ten cholerny tłuszcz. Wszyscy przy odchudzaniu chcą pozbyć się tłuszczyku. A co on ma za znaczenie, jeżeli w ogólnej masie, może jest go maksimum to 5 %. 5 do 90!!!. W takim razie, nie powinniśmy zajmować się tłuszczem, tylko wodą.
Jej porządny ubytek zmniejszyłby nam sporo wagi. Jak to zrobić? Mój pomysł jest następujący.
1. Dużo sikać. Aby dużo sikać, należy pić płyny moczopędne np. piwo. Kto nie lubi piwa niech zażyje np. tialorid (…skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą..).
2. Doprowadzić się do utraty pragnienia. Sprawdziłem, że odpowiednia ilość mocnego trunku powoduje niechęć do popijania. Ale ten stan trzeba utrzymywać non stop, aby nie doprowadzić do porannego kaca. A wtedy wiadomo. Efekt jojo. (Skutki uboczne- można wpaść w nałóg, a ten przy odchudzaniu nie jest wskazany)
3. Jeść dobre i tłuste potrawy. Te w procesie spalania, bo taki jest metabolizm, wydzielają tyle energii, że zawarta w nas woda wyparowuje. Nie wolno tych potraw popijać wodnymi płynami, bo jak wiadomo, woda gasi ogień- to przecież każde dziecko wie.
4. Wywołać wysoką gorączkę oczywiście bez popijania. Wyjaśnienie w punkcie trzecim. A tak na marginesie, uważać, żeby nie zejść.
Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś ciekawe sposoby wywołania ubytku wody z organizmu, proszę o propozycje. Sam postanowiłem moją metodę zastosować. Proszę, życzcie mi powodzenia i trzymajcie kciuki. A może, jest ktoś chętny do sponsoringu w zastosowaniu tej nowatorskiej „diety cud”. Sam dysponuję skromnym kapitałem na ten cel, a banki dziwnie nie chcą udzielić mi kredytu na sfinansowanie tej kampanii.
Pozdrawiam i do zobaczenia. Na pewno nie poznacie mnie jak zeszczupleję.
Grzegorz.

Komentarze

  • Grzesiu,jestem usatysfakcjonowana.Nawet temat jest na czasie.Ja też myślę o “diecie cud”.Ale twoja propozycja wyparowywania wody mi nie odpowiada.Zacznę po świętach.Anka.

  • Grzesiu, jestem chętna do odchudzania się razem z tobą według metody z punktu nr 1. Można by zacząć od zaraz. Basia

  • No ja znam bardzo skuteczną metodę na odchudzanie: przylot do USA -sprawdzone . Działa , nic tu nie można ruszyć takie obrzydliwe mają żarcie.Trochę droga metoda odchudzania, bo najpierw trzeba odchudzić konto żeby tu sie znaleźć. Ale co tam, raz się żyje !!!!! A tak poważnie, gdyby nie polskie sklepy, to nie wiem co ja bym tu jadła. A odnośnie ubytku wody to klimat w Denver działa rewelacyjnie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

.

Powracają numery

– 18.03.2006 r.

Zbliża się kalendarzowa wiosna. Zima wcale nie ma zamiaru się skończyć. To tylko pogłębia mój minorowy nastrój.
Ogarnął mnie strach. Ktoś wpływowy we władzach przypomniał mi lekcje historii ze szkoły średniej. Z tej dziedziny, a także z polityki zawsze byłem i chyba dalej jestem dyletantem i ignorantem, cokolwiek te określenia znaczą. Mój numer dowodu osobistego, czy też paszportu, zawsze wydawał mi się moim numerem, do mojej dyspozycji, jedynie potrzebnym do identyfikacji mojej osoby. Czas w jakim żyjemy wymaga potwierdzania tożsamości wieloma numerami i hasłami, nierzadko numerycznymi. To też specyfika informatyzacji współczesnego życia. Do teraz byłem dumny ze swego numeru konta bankowego, że jeszcze saldo jest dodatnie, numeru legitymacji inżynierów polskich, gdzie swego czasu byłem członkiem, nawet kod miasta, w którym żyję jest mi miły, nie wspominając numerów telefonów mojego, żony, dzieci i znajomych. Ale się przeraziłem. Człowiek, którego nazwisko kojarzy mi się z wielką bitwą pancerną drugiej wojny światowej, wypomina przeciwnikowi politycznemu jego dokładny numer historycznej legitymacji jako dowód jego winy. Mam dziwne skojarzenie z numerami wytatuowanymi na ramionach u nieludzko maltretowanych ludzi, tylko dlatego, że byli nie takimi ludźmi, co ówcześni chcieli. Kariera i los moich dzieci w jednym momencie stały się zagrożone. Nie żeby stały się nieudacznikami życiowymi w tej chwili, ale że nieopatrznie ich pradziadek urodził się w krainie, w której nie powinien się narodzić. To może przecież przekreślić ich „patriotyzm” i „lojalność” wobec interesu narodowego. Poczułem się jakbym cofnął się o co najmniej 30 lat. Ale lustro nie kłamie. Jestem już zdezelowany i wymagam tylko konserwacji. Czy taki złom powinien myśleć o przeszczepianiu się na inny grunt?. A ja chciałbym czuć się jak dąb, z którego żołędzie spadają pod pień, aby tam się zakorzenić, a nie jak dmuchawiec, którego nasiona lecą w sina dal, aby tam się rozwijać.

Pozdrawiam Jurka i Irenę wraz z dziećmi z Australii, Maurycego vel Marka z Francji, Grzegorza z żona i potomstwem z Niemiec oraz Elę, a także Marysię z Ameryki oraz Madzię i Jagodę z Anglii.
Wcale mnie nie cieszy, że Hiszpanie dadzą Polakom pracę.

Komentarze

  • Grzesiu, ty chyba masz depresję jakąś! Przejmujesz się tym, co jeden z drugim głupkiem chlapną w telewizorze? Przecież ich koniec jest już bliski!

  • Grzesiu,czekamy na jeszcze.Napisz coś znowu.Anka

  • Piękne jest to Twoje porównanie do dębu, ale jeżeli nie można inaczej…
    to może tak jak w wierszu Agnieszki Osieckiej:
    Aniołem być,
    sokołem być,
    gardzić błotem i złotem,
    białe powietrze pić.
    O tak, o tak, płynąć, frunąć, szybować
    nad ziemią koloru jastrzębia…
    Unieść się,
    wywyższyć się,
    w niebie kołysać się,
    spotkać Go,
    ominąć Go,
    nie pokłonić się w locie i nie opaść na dno,
    ziemię odrzucić jak wielki kapelusz i gnać i gnać i gnać !

.

Mój serial

– 14.03.2006 r.

1.Wszystko, co zaczyna się dobrze, kończy się źle.
2. Wszystko, co zaczyna się źle, kończy się jeszcze gorzej.
Prawa Puddera
Dziękuję za słowa otuchy. Niestety świadomość własnych umiejętności pisarskich nie pozwala na podjęcie „rękawicy” do pojedynku z literaturą. To, że kiedykolwiek uda się sklecić – zaznaczam, że nieświadomie- coś wesołego, to jeszcze nie powód, żeby próbować skończyć jak którykolwiek serial telewizyjny. A jest ich sporo. Co rusz reklamują się nowe tytuły, a żaden się nie kończy. Wszystkie mają rzesze wielbicieli. Pierwsze odcinki wesołe, o romantycznej miłości, z wartościami, bardzo etyczne, wychowawcze, moralizatorskie etc. Niestety, po około dwusetnym odcinku, scenarzyście już brakuje pomysłów na patologię dla swoich bohaterów. A końca i tak nie widać i chyba się nigdy nie doczekam.
Jest po dwudziestej. Nie dzwonię do nikogo, bo mógłbym nieopatrznie zakłócić odbiór jakże ważnego, chyba milenijnego odcinka telenoweli. Siadam i zaczynam rozwijać swój intelekt, rozwiązuje krzyżówkę. No i co, hasło – doktor z „Klanu” lub z innego serialu.
Co z tego, że hasło dotyczy odcinka bardzo jubileuszowego, pięćsetnego lub dalej, czy ja te wszystkie produkcje muszę znać?
Nie cierpię seriali, których ilość odcinków przekracza 4. Wyjątek stanowi wartość 21 dla „czterech pancernych” no i oczywiście „Szarika” .
Skąd ta niechęć. Po prostu znam zakończenie tych „życiowych” dzieł. Już po pierwszym zwiastunie, czym wywołuję ogólną niechęć do mojej osoby, zdradzam niekończącą się agonię smutnych wydarzeń bohaterów. Jakże naiwna i prosta jest logika scenariusza. Człowiek z natury jest chorowitą istotą, stąd akcja musi rozgrywać się obiektach służby zdrowia. Medycyna jeszcze nie potrafi lub nie chce wyleczyć chorego, stąd powszechna korupcja i związane z nią konsekwencje. Krótko mówiąc temat każdej fabuły to płacz i płać lub odwrotnie.
A ja chciałbym w tym właśnie czasie obejrzeć coś głupiego, jakąś komedię (byle nie „ludzką”), albo kabaret (byle nie polityczny, ten jest nudny), coś po czym bez stresów o cudze losy, chętnie i bez obaw, że taka patologia jest też w mojej okolicy, pospacerowałbym z żonką przed snem.
Już słyszę propozycje zamiany żony na obronnego psa. Dziękuję nie skorzystam. Z moją połówką mogę porozmawiać o gwiazdach i nawet obalić część połówki z piersiówki. A z psem to mógłbym się tylko załatwić.
Odbiegłem od tematu.
W dzisiejszych kapitalistycznych czasach, gdzie w niusach nie uświadczysz pozytywnych wiadomości, chciałbym częściej się uśmiechać. Dlatego też, bardzo lubię zmitrężyć czas na oglądaniu głupoty wyimaginowanych sytuacji i postaci nawet w niekończących się serialach takich jak: ”Daleko od noszy” lub „Kiepscy”. Jestem wstanie strawić zawartą w nich prawdę o dzisiejszych czasach, choć to gorzka prawda. W ucieczce od smutków zionących z małego ekranu i fonii radia preferuję Królika Bugsa i wiele innych postaci z kreskówek, które są bohaterami prawie niemożliwych zdarzeń. Wydaje mi się, że takich zdziecinniałych osób jak ja, jest na świecie coraz więcej. Coraz częściej pojawiają się nowe tytuły animowanych filmów dla dzieci i dorosłych – choćby „Shrek”, „Kurczak mały” i inne. Dla mnie to idealne tematy do rozważań filozoficznych. Dzięki nim mam dystans do rzeczywistych problemów dziadka pięćdziesięciolatka……………………….itd. ble, ble.
Tu przydałyby się zdjęcia z telewizyjnych seriali i moich ulubionych animowanych bohaterów, ale nie umieszczam, bo nie mam praw autorskich do tych wizerunków. Nie wiem jakie mogłyby być konsekwencje umieszczenia fotek.Ten stek bezsensownych rozważań spowodowany jest przyjściem kolejnej zimy tej zimy. Chyba dopada mnie deprecha. Czekam na wiosnę jak na wybawienie. Nie zapraszam do dyskusji. Zauważyłem, że Telewizja Polonia i inne, dla swoich telefonicznych lub sms-owych rozmówców fundują koszulki z nadrukiem programu lub inne gadżety. Przepraszam, nie posiadam takowych i nie obdaruję tych, co przez przypadek lub pomyłkę napiszą do mnie. Adres na samym dole strony.

.

Niechaj mnie Gosia …

– 26.02.2006 r.

Kto skojarzył tytuł poprzedniego wpisu z urwanym zakończeniem powinien zauważyć, że zadziałała domowa cenzura. Miały być pikantne szczegóły z pożycia. A tytuł w oryginale miał brzmieć : „Walę w tynki i ….co dalej z remontem” – to oczywiście taki żart.

Wszystko o starości mojej i połowicy mej to takie nieudane łgarstwo na potrzeby czytelnictwa. Licząc czas naszego pesela (a może pesla), tośmy jeszcze niemowlęta i uczymy się chodzić i mówić w tym drugim półwieczu. Apropos piśmiennictwa, to zauważyłem, iż „my młodzi” strasznie nie lubimy pisać zwłaszcza listów, a jeżeli już musimy to, robimy to bardzo oszczędnie. Ze dwa zdania i pozdrowienia lub tylko pozdro i podpis. Tą przypadłością jestem też mocno obdarzony, choć bardzo podobają mi się stare listy (te z epoki przedtelefonicznej) naszych rodziców i dziadków.

Zazdroszczę tym nielicznym, którzy swoje myśli i opinie wyrażają w formie poezji. Wiersz złożony z niewielu odpowiednio wyszukanych i dobranych słów może wyrazić więcej niż gruba księga spisana prozą.To tak jak minuta machania ogonem przez umiłowanego psa w porównaniu do godzin marudzenia współmałżonka (komentarz 6 – wpis „pod psem”).

Najbardziej cenię fraszki i aforyzmy. Dwuwiersz spisany paroma bajtami potrafi przedstawić o wiele więcej, niż foto w pełnej jakości o co najmniej 1MB pamięci. Autorytetem dla mnie takich skrótów jest Jan Izydor Sztaudynger, a to próbka:

Kocham bliźnich jak braci – gdy szczodrzy i bogaci”,

Nie pojmie głodnego syty, bo ich różnią apetyty”,

Był las, wrzos i mech, powiedziała: „Niech””,

Ja byłem zwierzę. Ona święta. Ale szeptała: – Lubię zwierzęta!”.

Mnie zachwycają.

Co jakiś czas otrzymuję od przyjaciół tzw. łańcuszki szczęścia – dla mnie nieszczęścia, dlaczego, bo ich dalej nie odsyłam. Zawierają przeważnie piękne przesłania i właśnie poezję .Przykładowo ostatni łańcuszek zawierał wierszyk:

Pracuj tak jakbyś nie potrzebował pieniędzy.

Kochaj tak jakby nikt nigdy ciebie nie zranił.

Tańcz jakby nikt na ciebie nie patrzył.

Śpiewaj jakby nikt cię nie słuchał.

Żyj jakby był raj na ziemi.”

Czyż nie piękny, a dalej czytam:

Wyślij to do każdego, kogo uważasz za przyjaciela”.

No i ja wredna istota mam kłopot, czy obdarzyć moich przyjaciół tym „szczęściem”, skoro, tak jak ja, nie lubią w ogóle pisać. Więc poświecam swoją życiową szansę i oczekuję otwarcia znanej puszki. Osobiście wolałbyłbym puszkę Żywca.

Dzięki mojemu charakterowi moi przyjaciele nie otrzymają takiego przesłania:

Irlandzkie życzenie dla przyjaciela mówi:

Niech zawsze będzie praca dla Twoich rąk,

Niech w Twoim portfelu zawsze będzie moneta albo dwie,

Niech zawsze świeci słońce w Twoim oknie,

Niech przyjaciel zawsze będzie przy Tobie,

Niech po każdym deszczu pojawia się tęcza,

Niech Bóg napełni Twe serce radością...”

Sam się wzruszyłem. Chyba jednak jestem wrażliwy.

Ale co ja wymądrzam się na tematy, o których nie mam pojęcia. Jedynie fotografią (patrz poprzednie i następne wpisy) mogę w sposób całkowicie amatorski wyrazić swe poglądy i uczucia.

Nie o takiej poezji chciałem dziś powiedzieć. Karierę skrótów wypowiedzi i wyrażania uczuć robiły, robią i będą robić słowa, które chyba pochodzą, tak myślę, od nazwisk polskich podróżników lub emigrantów: z Włoch niejaki Krzywy, a z Francji Piotr Doła i wielu innych o nazwiskach podobnych do organów wydalniczych.

„Idole” ci (nie dla mnie) są na ustach prawie wszystkich naszych rozmówców. Duże znaczenie mają także dla autorów scenariuszy filmów i widowisk. Cokolwiek jest do opowiedzenia, stwierdzenia, ocenienia lub odzewu wystarczy oprzeć się na autorytecie w/w i wszyscy wiedzą o co idzie. Ubożeje nasz język. Zamiast przykładowej odpowiedzi „Przyjacielu, nie masz racji, mylisz się, bądź łaskaw mnie zrozumieć ……”, wystarczy skrót myślowy „ Ch-u (P-o, K-o dla rodzaju żeńskiego), od…..ol się” i już wszyscy wiedzą o co chodzi. Widziałem, jak młodzi rodzice cieszyli się z postępów nauki swego czterolatka w przedszkolu, gdy między dadaizmami pojawiały się nieskładnie wymawiane powyższe nazwiska. Nie wiem czym owi obywatele tak się zasłużyli, że zrobili taką karierę. Mam na ten temat swoją teorię, dlaczego w całym przekroju społecznym są tak uwielbiani.
Cieszy mnie natomiast, że wśród osób mi bliskich, nie brakuje chęci do tworzenia poezji nie opierającej się na takich „autorytetach”. Przykładem niech będzie reklama nowego wytworu myśli ludzkiej- bez zbędnego technicznego opisu, a jednak przyjemny dla odbiorcy.

Myszka Krowa to rzecz nowa.

Wielkie oczy, kolczyk w nosie,

jakieś łaty ma i włosie.

Myślę sobie – czy to Krowa?

Albo może myszka nowa?

Myszka mała jest zaś przecie,

Krowa duża – czy zgadniecie?

Czy to Myszka jest czy Krowa

Od tych pytań pęka głowa.

Lecz na pewno to zwierz nowy,

taki wręcz komputerowy.

To jest mysz komputerowa,

taka dziwna Myszko – Krowa.

Taka myszka drogie dzieci,

oprowadzi was po sieci”.

Komentarze

  • No no no ,….. , jestem pod wrażeniem. Powinieneś wziąć przykład z Williama Whartona i pisać książki o życiu i rodzinie. Zbiłbyś majątek. Tak się przejęłam, że chyba już nie będę wspominać w towarzystwie ani tego Piotra z Francji ani żadnych innych jego kolesi. Basia

  • Świetny 3 akapit(Zazdroszczę tym nielicznym….).
    Serdecznie pozdrawiam.

    Irena

.

Walentynki i co dalej

– 20.02.2006 r.

Bardzo się cieszę, że temat piesków w rodzinach, wywołał chęć napisania do mnie. Prowokacja powiodła się. Komentarze dały mi do myślenia. Mój wniosek jest następujący: pies jest niezbędny dla sfery emocjonalnej człowieka. Dobrze zastępuje psychoanalityka, a ten widocznie jest niezbędnie potrzebny każdemu. Ale, skoro nie wydajemy kasy na wymienionego, to należałoby zapłacić podatek od tak znacznych oszczędności. (A może podatek od psa ma właśnie takie uzasadnienie? – pytanie do Min.Fin.). Osobiście, emocje wyładowuję na żonie i dzieciach, w końcu po to wchodziłem w związek małżeński. Moja połowica jest jak najlepszy piesek:, i kapcie mi poda i zrobi super obiadek, czego jestem najlepszym odzwierciedleniem . Ja nie jestem jej dłużny i służę jak najwierniejszy wilczurek. Ku jej radości to i ogonkiem pomerdam, i dodatkową kwotę „upoluję”, choć Ona i tak potrafi wydać więcej niż ja zarobić.
Nowy wniosek: najlepszym przyjacielem człowieka w drugiej połowie jego życia ale i w pierwszej też, jest jego żona, oczywiście dobrze „wychowana” żona. Małgosia mówi o mnie to samo, i tu jest sedno. Rozumiemy się bez słów, moja miła cały czas mówi, a ja słucham i odszczekuję :„tak kochanie”. I po co nam jeszcze pies.
Czy jesteśmy szczęśliwi..? Porównując do pieskiego życia – to na pewno. Pełnia szczęścia byłaby, gdybyśmy dalej byli młodzi, silni, zdrowi, piękni, bogaci, mieli tylko najlepszych przyjaciół, żadnych wrogów, no i tylko super perspektywy na przyszłość, i tę najodleglejszą, itd., ..itd. Ale się rozmarzyłem.

Niestety człek po pięćdziesiątce jaki jest , każdy widzi.

Mimo takiego wyglądu oświadczamy: Jesteśmy szczęśliwi, choć już

„starzy oboje”,
słabi,

odczuwający co nieco w krzyżu,

niestety niezbyt zamożni , mamy tylko przyjaciół, nie mamy wrogów
( po prostu nie kontaktujemy się z nimi), no i żadnych ofert wzrostu stopy życiowej na najbliższe jutro.
Jak to możliwe, że jesteśmy jednak szczęśliwi?
Od ponad 30 lat nadajemy sobie nawzajem, że jedno drugie kocha. Mówią, że jeśli wystarczająco często się kłamie, to kłamstwo staje się prawdą. Myśmy w to „kocham” po tylu latach uwierzyli. W domu wszystko robimy wspólnie:

sprzątanie,

gotowanie

zakupy

remonty

naprawy

spożycie i konsumpcja itd.

Nigdy nie korzystamy z usług obcych fachowców. A tak na marginesie, jeżeli już musisz zawołać specjalistę, to podpowiadam, znam się na paru rzeczach, a Gosia potrafi przygotować sporo smakołyków (niestety nie czuje się winna mego mięśnia piwnego).

Nauka dowodzi, że po 2 latach małżeństwa chemia przestaje działać i reszta pożycia to już tylko rozsądek, wygodnictwo lub kapciarstwo.

U mnie osobiście coś musiało szwankować, bo nawet moje dzieci uważają, że mam dziwnie przytruty mózg. Córka nazwała nasze zachowanie „rzeźnią”. Nie wiem co miała na myśli – żartuję – wiem.
Tu urywam na razie wątek rozważań nad naszym bytem, a w miarę nadchodzących uwag będę temat uzupełniał.
A ciekawi jesteśmy, jak to wygląda u Was. Dajcie się sprowokować do dyskusji.
Grzegorz i Małgorzata

Małgosia na tle przodków i wypoczywająca przed naszym pałacem

Komentarze

  • Grzesiu! Co Ty wypisujesz na tej stronie…,przecież NIGDY CZAS PIĘKNOŚCI DUCHA NIE POSTARZY !!! Weż się za zakupy, remonty i sprzątanie :) Serdecznie pozdrawiam całą sympatyczną Rodzinkę, Irena

  • Grzesiu.Twoje poczucie humoru mnie zaskakuje.Bawiły mnie komentarze do zdjęć.My z Andrzejem odwrotnie niż Wy,nie remontujemy,nie gotujemy i nie sprzątamy razem,ale na pewno razem gramy w scrable i też czujemy się SZCZĘŚLIWI.

Ta strona powstała przy technicznej pomocy strony internetowe - ibex.pl. Wszelkie uwagi proszę wnosić w komentarzach lub pisać na info@pesel53.walbrzych.pl