Moje teorie

Na tej podstronie zamieszczam stworzone przeze mnie „moje teorie” na temat życia, które wyodrębniłem z moich wpisów oraz dyskusje do nich zawarte w komentarzach, ale dotyczące tylko zawartości merytorycznej prezentowanych hipotez.  Zapraszam do analizy. Grzegorz teoretyk, a dokładniej praktyk teoretyk, albo może odwrotnie.

Spis teorii
.
Teoria o drzewie życia
Teoria o małżeństwie
Tworzenie wspomnień
Teoria przygody
Żyjemy, aby jeść
Ciekłe życie
Wybory
Teoria wartości oczekiwanej
Teoria „ciepło czy zimno”
Teoria bólów ogniskowych
Teoria o miłości
Teoria punktów
Kulista teoria poznawania świata
O słowie
Teoria pięciu minut
Teoria kół zębatych
Teoria o długości życia

Teorie

Teoria o drzewie życia

Życie istoty jest jak liść na drzewie. Wszystkie na wiosnę rodzą się piękne, zieloniutkie, aż miło się robi na duszy w takim otoczeniu. Wszak dzieciństwo zaliczamy do naszych najpiękniejszych chwil z życia. Lato kształtuje wielkość liścia w zależności od położenia na gałęzi, nasłonecznienia i wiatrów historii wiejących w sadzie, ewentualnie w lesie. Ptaki, larwy i inne paskudztwa nie oszczędzają niektórych z nich.
Jesienią wszystkie przygotowują się do zejścia z drzewa życia. Ale zanim to nastąpi, ten trzeci wiek eksploduje paletą barw, która niejednemu poecie wytrąciła spod pióra właściwe słowa poematu. Jesień życia po doświadczeniach młodego okresu jest tak piękna, bo jest bardzo różnorodna. Tylko, że na tę fazę trzeba patrzeć z dystansu. Ten kto przygląda się poszczególnym liściom, zobaczy, że są już podsuszone, przebarwione, gdzieś nadgryzione i najchętniej pomógłby im spaść.
Obserwując drzewo w jesieni, zauważamy iż nie od razu wszystkie liście spadają. Jedne nie wiadomo dlaczego, odrywają się będąc jeszcze zieloniutkie, inne młode jeszcze, strąci pierzący się ptak, a czasami wichura lub silny deszcz zakończy żywot pięknego dojrzałego zielonego liścia.
Tak jak w normalnym życiu, dany rocznik nie schodzi z tego świata w jednym czasie, no chyba, że pożoga wojenna strawi większość liści w pożarze lasu. Ale ogólnie każdego dnia jesieni widzimy co prawda coraz to mniej wiszących żółtych, czerwonych i o wielu różnych barwach liści, za to na cmentarzach coraz więcej nowych grobów. Zdarza się, że i zimą dostrzeżemy na jakiejś gałęzi uczepiony brązowy liść nie poddający się zewnętrznej aurze. To zapewne jakiś stulatek obchodzi swój piękny jubileusz. Takiemu życzymy następnych stu lat, choć wiemy dokładnie, ze wiosny nowego pokolenia liści na tym drzewie, niestety nie doczeka. Czego sobie i Wam życzę. Nie tego żeby nie doczekać, tylko przeciwnie, abyśmy jak najdłużej kolorowo trzymali się gałęzi na naszym drzewie życia.

Grzegorz – dendrolog
Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria o małżeństwie

Teoria ta rozważa małżeństwo z pozycji męża, bo tę sytuację w moim mariażu znam z autopsji. Wielu z nas, członków rodzaju męskiego, w swoim życiu zajmowało się amatorsko wyrobem wina. Efekty były różne, mniejszy lub większy ból głowy, ale pozyskane doświadczenie stało się bezcenne. „Prawdziwy” mężczyzna przygotowując się do małżeństwa jest niczym winiarz, ale nie amator. Poszukując latorośli, przepraszam winorośli powinien szukać dobrego szczepu. Nie dzikiego, ale z dobrej winnicy. Zakładając swoją, winien przygotować grunt pod swoją roślinę. Mam nadzieję, że analogia jest czytelna.
W całym cyklu produkcyjnym jest wiele momentów wyboru sposobu uzyskania najlepszego wina, jego butelkowania, składowania, kupażowania, leżakowania, spożywania, handlowania itd., itd. W życiu mężczyzny też jest wiele zawirowań związanych z płcią przeciwną. Rozglądanie się po półkach z winami w sklepach monopolowych nie powinno nikogo dziwić. Facet który wybiera trunek kierując się li tylko wyglądem naklejki, często trafia na zwykłego „sikacza”, po którym dzień następny nie należy do przyjemnych. Solidny winiarz ma też odpowiednią piwnicę do przechowywania trunków dla uzyskania jak najlepszych walorów smakowych. W końcu trafia się taki „słoneczny” rok, że gościu nie zamierza owym rocznikiem dzielić się z innymi. Mijają lata a on skarbem swoim opiekuje się nadzwyczaj solidnie, mimo iż flasza zaczyna mieć coraz bardziej pomarszczoną i zakurzoną nalepkę. Szkło z zewnątrz robi się coraz mętniejsze i z wyglądu coraz mniej zachęca do konsumpcji. Jednak znawca coraz bardziej docenia to, co jest w środku i wie, że w tym procesie należy od czasu do czasu butelkę obrócić. Chwali się nią przed najbliższymi , ale nie zamierza odkorkować butelki, aby nie … .
Dochodzi nawet do tego, że winiarz schodzi z tego świata, a świat znawców przelicytowuje na aukcjach ten skarb, doceniając dzieło twórcy tego trunku.
Konkluzja wydaje się być stara jak starożytne przysłowie. Nie tunika w małżeństwie zdobi żonę.

Jak małżeństwo jest postrzegane z pozycji żony, nie wiem. Na razie nie mam żadnej koncepcji. Może któraś z czytelniczek ma swoją teorię w tym zakresie i chętnie podzieli się z odbiorcami tej strony.

Grzegorz – winiarz

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Tworzenie wspomnień

Każda miniona chwila już po chwili staje się wspomnieniem. I jak można zauważyć , tych wspomnień w mijającym życiu każdego z nas jest bez liku.
Co się z nimi dzieje?
Zapamiętujemy je lub zapominamy. Każdy jednak zauważył, że z pewnością utrwalone pozostają gdzieś w podświadomości. Zdarzyło się zapewne nieraz, jak niby zapomniane potrafią być brutalnie wydobyte w trakcie innych wydarzeń, i odświeżone zaczynają budować nowe wspomnienie o mocniejszym zabarwieniu emocjonalnym.
Wspomnienie jakiejś sytuacji, o ile nie jest powszednie, czyli związane z codziennym rytuałem egzystencji, zostaje zapamiętane ze wszystkimi możliwymi do uchwycenia szczegółami, odbierane wszystkimi zmysłami: od obrazu, brzmienia dźwięku, aromatu smaku po odczucie dotykowe. Rzadko zapamiętujemy je wszystkie naraz. Większość wspomnień pamiętamy fragmentarycznie, a co ciekawe w tym zjawisku , to częste wspomaganie się wyobraźnią i fantazją. Przeważnie pamiętamy rysunek lub tylko szkic minionej chwili. Zauważyłem, że wiele obrazów pamiętamy, ale zdarza się często, że już po krótkim okresie czasu, nie potrafimy skojarzyć wskazanego widoku (np. zdjęcia) z miejscem i czasem minionego już wydarzenia. Wiele odbitek ma tak powtarzający się temat , że nie sposób wyróżnić go wśród wszystkich spamiętanych w ciągu całego życia. Przykładem może być widok lasu, łąki, jeziora, morza i wielu innych obiektów. Podobnie rzecz się ma z zapamiętanymi smakami , aromatami, brzmieniami , odczuciami ciepła lub zimna, albo radości i złości. Przykładów można by mnożyć bez końca.
Wiele wspomnień jest wynikiem biernego odbioru wydarzeń od nas niezależnych. Stąd też wyróżniam trzy typy wspomnień..

  1. Wspomnienia niezależne od nikogo, tylko od działań natury i jej cyklicznych zmian, takich jak pory roku, zmiany klimatyczne, procesy ewolucyjne i inne związane z kosmosem.
  2. Wspomnienia organizowane przez innych, na które nie mamy prawie żadnego wpływu.
  3. Oraz takie, w których uczestniczymy i mamy pełny wpływ na ich przebieg, czyli jesteśmy twórcami takich wspomnień .

Obcowanie z przyrodą, zwłaszcza z tą dziką, nie zniekształconą przez człowieka, dostarcza tyle ciepłych wspomnień, że bardzo chętnie utrwalamy chociażby widok tych zjawisk na materiale światłoczułym lub wizją i fonią na kamerze. Dawniej, fascynację miejscem utrwalali malarze pędzlem, a literaci wierszem i prozą. Opisy przyrody, tak często opuszczane przez młodzież szkolną podczas lektury obowiązkowej bo szkolnej lektury, były wspomnieniami rzeczywistymi lub wyimaginowanymi dla potrzeb akcji tworzonego dzieła, a dla czytelnika nowym doświadczeniem z możliwością porównań z własnymi obserwacjami. Książka, prasa, film, telewizja, Internet i najpłodniejsza ze wszystkich mediów – plotka, tworzą nam wspomnienia, z których bez naszego fizycznego udziału, układa się obraz własnego miejsca na Ziemi. Selekcja i wybór tych wspomnień kształtują naszą wiedzę i wartości, którymi żyjemy. Wszechobecna propaganda w zależności od świadomości i umiejętności logicznego lub spontanicznego wyboru, tworzy wirtualną historię dnia dzisiejszego i czasów minionych.
Jedni ją nam przekazują w formie pisemnej lub filmu, nagrań audio i innych technik przekazu informacji, a my z niej czerpiemy naszą wiedzę o życiu. Przyjmujemy ją bezkrytycznie lub po własnych życiowych doświadczeniach nie do końca ją akceptujemy. Na własny użytek korygujemy ją i przekazujemy „lekko” zmienioną następnemu pokoleniu. Jak można się domyślać, lubimy albo jest to też cecha natury ludzkiej, że poprawiamy minioną historię tak, aby odpowiadała naszym wyobrażeniom o tym jak było naprawdę. Niestety prowadzi to nieuchronnie do zakłamania minionych wydarzeń. Niestety taki jest człowiek i nie tylko Polak, nawet ten szlachetny, ten prawdziwy. Wysnuwam więc prosty choć kontrowersyjny wniosek, że każde wspomnienie, własne czy obce obarczone jest błędem.
Mnie osobiście interesuje, na ile dzieje sprzed notek faktograficznych, są realistyczne, a na ile mają cechy mitów wzorowanych na starożytności. Ile kolorów domalowali historycy do wydarzeń przekazywanych z ust do ust na zasadzie głuchego telefonu. Czy istnieje tylko jeden sposób, na odczytanie wspomnień z lat dawnych. Czy nieokiełzane wodze fantazji zaburzyły i dalej zniekształcają historię dawną i współczesną.
Nie ukrywam, że i moje wspomnienia, którymi na tej stronie dzielę się z odbiorcami, są z założenia ubarwione. Po co? Aby czytelnik i widz moich wspomnień odczytał je tak jak sobie zamierzyłem. Czyli, żeby podobały się i zostały dobrymi wspomnieniami odbiorcy moich treści. Niesmacznych i nudnych, wspomnień nie lubię i myślę, że duża populacja też nie gustuje we wspomnieniach o przykrym klimacie, choć wiem, że jest spora grupa społeczeństwa czująca wewnętrzną satysfakcję z historii ponurej, krwawej, rzewnej i smutnej.
Jak wspomniałem, zapach chleba ma dla mnie tylko pozytywne doznania. Stąd staram się organizować takie wydarzenia, aby ci, co mają ze mną kontakt i współuczestniczą ze mną we wspólnych przedsięwzięciach, zapamiętali tylko dobre odczucia. Przyznaję, że nie zawsze mi się to udaje. Wzorem zapachu, który tak mną owładnął, staram się smak i aromat dobrego chleba i ciasta przekazać bliskim. Stąd moje ostatnie poczynania skierowane są na współtworzenie wraz z Małgosią aromatów i smaków przypominających zapach codziennego chleba. Mam nadzieję, że tworzone przez nas wspomnienia będą zawsze ciepło odebrane i nikt nie będzie nosił urazy do nie zawsze udanych naszych poczynań.
Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria przygody

Nie znalazłem dotychczas satysfakcjonującej mnie definicji życia. Definicji wyjaśniającej istotę, naturę i sens tego „zjawiska” tu na Ziemi, ale też odnoszącej się do jego drugiej strony… , życia po życiu. Wielu „znawców” dla zobrazowania aspektów egzystencji, przyrównuje naturę życia do podróży. Jak mniemam, ze stacji narodzin do stacji śmierci. Podróż, zwłaszcza we współczesnym świecie, kojarzy mi się ze środkiem transportu. Samochód, pociąg, samolot, statek powiązane są z wcześniej określoną i ustaloną, a niekiedy wręcz nakazaną trasą, uregulowanymi, dość sztywnymi procedurami podróży. (Asfalt, torowisko, płyta lotniska, porty rzeczne i morskie są dyskretnymi elementami ograniczającymi swobodę podróży). Jedną z niewielu zmiennych jest zmieniające się towarzystwo w trakcie tej ekspedycji. Ograniczenia cywilizacyjne, kulturowe, religijne, są „przedziałami” w życiowej podróży, która przez nie wydaje się z mijającym czasem być szara i nużąca w swojej monotonii widoków za „oknem” środka lokomocji życia. Każdy podróżny chciał czy nie chciał, ma wyznaczoną bliżej lub dalej, stację docelową. Jedni wiedzą po co tam dążą, inni nie wiedzą, a nawet nie chcą wiedzieć, choć zdają sobie sprawę, że nieuchronnie dojadą do swojego końcowego przystanku. Stąd też wiąże się różne podejście do sposobu i jakości podróży. Jedni na względzie mają tylko komfort podróżowania, inni znoszą ją z pokorą, przepychani i deptani po odciskach przez współpasażerów. Wszelkie sytuacje zachodzące w środkach lokomocji można przyrównać bez specjalnych zabiegów do relacji międzyludzkich zachodzących w życiu, codziennym życiu i odwrotnie. Choć jest jedno małe ale. W tej analogii brak mi czytelnej informacji, co się dzieje z „podróżnymi” na stacji docelowej oraz jak styl podróży wpływa na „powitanie” na dworcu końcowym.
Moja analogia dla życia jest podobna do wspomnianej, ale z tą różnicą, że opiera się na przygodzie w czasie podróży, przykładowo wycieczki w góry. Jest miejsce skąd wyruszamy na trasę i jest obrany cel, w życiu nazywany powołaniem. Jest określona marszruta, przeważnie wyznaczony szlak ustalony przez poprzednie pokolenia. Jest także ta szara i nieznośna, bo męcząca monotonia wędrówki, ale są też i piękne chwile. W czasie wędrówki spotykamy innych „turystów” o różnorodnej i ciekawej gamie charakterów. Przeważnie do wędrówki dobieramy współtowarzyszy, których motywujemy do wysiłku wspinaczki, albo którzy nas mobilizują do zwiększonej aktywności w pokonaniu trudniejszych etapów. Zdarza się też doznać na nierównościach urazu, który albo spowalnia tempo, albo ból nie pozwala na dalszą podróż. Do wyjątków nie należy zbaczanie z wytyczonej ścieżki, czego jestem rutynowym praktykiem. A zbłądzenie, może nastąpić, gdy szlak jest niestarannie oznakowany lub świadomie dokonujemy próby skrócenia drogi. Ale nie każde zagubienie prowadzi zawsze na manowce. Powroty na dobrą drogę często wymusza ukształtowanie otoczenia, tak jak w życiu, gdzie otoczenie ma wpływ na zmiany. Są też niestety i przypadki zakończenia ekspedycji przed czasem, ale to jest poboczny temat tego rozważania,( do dyskusji w gronie zainteresowanych tym tematem). Po osiągnięciu celu, który, gdy został okupiony znacznym wysiłkiem, wędrowiec zyskuje pełną satysfakcję i zadowolenie z osiągnięcia wyznaczonego celu . Są też zdobywane szczyty dzięki udogodnieniom stworzonym przez cywilizację, ale te wyczyny, jak mi się wydaje, nie zaspakajają poczucia zdania egzaminu z wypełnienia misji. Po powrocie z wycieczki, gdy już minie zmęczenie fizyczne, z sympatią wspominamy całą wyprawę i osiągnięty cel. Zdjęcia czy też filmy z takich wypraw pozwalają na zapamiętanie tego, co według podróżnika, było warte pochwaleniem się przed bliskimi. Cierpienia i zmęczenie podczas wspinaczki, które z pewnością miały wpływ na smak wędrówki, znikają bezpowrotnie i nie są uwzględniane przy wspominaniu przygody. Analogicznie, po drugiej stronie życia też nie będziemy wspominać niedoli i cierpień jakie nas spotkały w życiu, ale tylko to, co dobrego wynikło z naszego życiowego wyczynu. No i jak zostanie to nasze życie ocenione przez Tego, przed którym będziemy wspominać przygodę życia, naszego życia.
Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Żyjemy, aby jeść

Przyglądając się i analizując, co dzieje się w przyrodzie, doszedłem do mało odkrywczego wniosku, że bez przerwy toczy się walka, walka na śmierć i życie, o przeżycie. Jedne byty uśmiercają inne, które wcześniej dla przeżycia, pozbawiały witalności jeszcze inne. Dzieje się tak na każdym poziomie i rozwoju każdej egzystencji. Dowolny narodzony organizm musi uśmiercić inny lub wiele innych, aby mógł żyć. Nauka tłumaczy ten proces potrzebą zdobycia energii niezbędnej dla funkcjonowania struktury organicznej. Moje wnioski zaś tworzą niezbyt mile brzmiącą hipotezę, że życie żywi się życiem, a mówiąc ściślej, inną jego formą – śmiercią.
Przyroda z punktu widzenia człowieka jest bezwzględna i okrutna. Ptaki gonią ledwo co narodzone owady i bez specjalnych ceregieli połykają świeżutko zgniecione struktury. One wcześniej pobrały pokarm z innych drobniejszych form życia, aby mogły wzrosnąć do bycia strawą. Znany z biologii łańcuch pokarmowy dobitnie obrazuje bezwzględne sięganie po inne, przeważnie słabsze fizycznie, życie. Bardzo chętnie upolowane jest świeżo narodzone, jeszcze całkowicie bezbronne. Ale też i ono, takie „niewinne nie jest, bo samo musi obżerać cokolwiek jest w zasięgu jego systemu pokarmowego. Najpierw chłonie z tej pierwszej kropli, kropli życia, a która to pod mikroskopem prezentuje świat takiej ilości żyjątek, że nie ma co dalej opowiadać o tym, co tam się dzieje, bo i tak nie ma przyrządów mogących dostrzec to najmniejsze w sytuacji jak się żywi życiem. I wcale niekoniecznie jeszcze mniejszym, ale chętnie tym wielkim, takim jak duża roślina, duże zwierzę, w tym i człowiek. To niezauważalne odżywianie idzie powolutku, ale idzie do skutku. Patrząc z wysoka naszych ludzkich oczu, nie widzimy bez przerwy lejącej się krwi, nie obserwujemy nieustannego przeżuwania nowych porcji pokarmu. Otóż, czas podobny do przednówka wymusił na organizmach o wyższym rozwoju strukturalnym, umiejętność magazynowania życia, przeważnie już byłego, ale zawierającego to coś. Nie znam się na budowie ani niższych, ani wyższych biostruktur, ale wystarczy wspomnieć o takich narządach jak żołądek i wątroba. W spiżarniach, spichrzach, ziemiankach chomikowane są wszelakie porcje odpowiednio spreparowanego do późniejszej konsumpcji przetwory. W przyrodzie „amatorów kwaśnych jabłek” jest tak wiele, że aby ich odstraszyć choćby na pewien czas, „żywe życie” konserwuje dla siebie strawę na tysiące sposobów. Gotowanie, pasteryzowanie, zamrażanie, suszenie, zalewanie itp. są przykładowymi zabiegami na to, co można zrobić, aby zniechęcić niewidocznych, a wszechobecnych pożeraczy zapasów. Człowiek, będący wysoce rozwiniętą strukturą biologiczna, podlega takim samym regułom, co cała przyroda na ziemi, bo jest elementem tej przyrody. Jedyne co go wyróżnia to, że w odróżnieniu od całego biosystemu, niekiedy potrafi myśleć i od czasu do czasu korzystać z tej cechy. Ale niestety nie zawsze to myślenie jest w zgodzie z naturą. Człowiek w swoim łakomstwie tłucze bez opamiętania wszystko, co tylko się porusza, co daje oznaki życia. Kanibalizm w przyrodzie co prawda występuje, ale zapewne tylko na przednówku, to dla homo sapiens własny gatunek nie zawsze podlega ochronie. Zwłaszcza, gdy ma coś, co by się przydało bliźniemu. Pola bitew usiane poległymi, były i są zawsze strawą dla mniejszych form życia, które i bez tego mają dobrą wyżerkę w naturalnej przyrodzie. W okresach rozejmów i pokojów, wandalizm jest oznaką dzikiego zaspakajania głodu na poziomie emocjonalnym. Już Sokrates zauważył bezduszne i bezmyślne zachowanie człowieka w jego naturalnej potrzebie życia. Sformułował, jak myślę, fałszywą myśl, że „jemy, aby żyć, nie żyjemy, aby jeść”, aby odwrócić uwagę od takiego sposobu na życie i wykazanie, ze człowiek to istota o wznioślejszych celach. Mimo wszystko nie udała się ta sztuczka mistrzowi myśli. Mimo, że wyjątki potwierdzają regułę, gdzie przykładowym jest Molierowski Harpagon, któremu ta myśl stała się złotą, to proza życia jednak nie podziela tej idei.
Stawiam tezę: żyjemy, aby jeść.
A jak jemy? W nadmiarze, bez logiki i bez właściwej wiedzy. Wskazówki medyków i dietetyków, gdyby były dobre, to nikt nie miałby problemu z wagą i ze zdrowiem. Pierwsi poszukują w swoich badaniach jak ukatrupić te żyjątka, które nas ludzi toczą ku dwumetrowemu dołu, albo aplikują spreparowane chemicznie „materiały budowlane”, niby podobne do naszej cielesnej struktury. Tak w każdym razie im się wydaje, że to nas uleczy. Drudzy zaś liczą nam kalorie, jakbyśmy byli maszynami o określonej wydajności przerobu.
Żyjąc w zgodzie z naturą, musimy pogodzić się na wspólną konsumpcję wzajemną, ale tak aby przy tym „stole” wszystkim krwiopijcom było przyjemnie i by każdy odchodził od posiłku w odpowiednim momencie. Najlepiej, aby gospodarz schodził ostatni jak nakazuje dobry obyczaj. Biesiadników w naszym ludzkim organizmie mamy wielu. Jedni to nasze wyspecjalizowane organy, które spożywając co im wrzucimy, odpowiednio muszą rozdzielić dobra, aby wewnętrzni goście byli zadowoleni i nie rozzuchwalili się w spożyciu. No i żeby we właściwym momencie stali się dobrą pożywką dla następnych jegomości w tej nieustającej uczcie.
Co podać do obiadu? Gdybym znał tę tajemnicę, to nie pisałbym tej teorii, tylko bym ucztował.
Najwięcej witalności ma świeże, młode życie. Dlatego, że samo rozpoczyna posiłek dla wzrostu, a jeszcze nie obsiadły je inne zachłanne organizmy. Zauważyli to kucharze, wskazując na kiełki i nowalijki jako bardzo zdrową żywność. Chętnie polecają młode jagnięta, prosięta, drób i inne jeszcze nie dojrzałe dwu i czworonożne do skorzystania z ich życia dla naszego dobrego samopoczucia.
Na przednówku niestety musimy zadowolić się nieco starszymi, często już dobrze napoczętymi płodami naszej Ziemi. Wówczas zabiegi gotowania, smażenia, duszenia i co tam jeszcze w kuchni wymyślono, mają za zadanie tak spreparować wcześniej hibernowane lub zasuszone życie, aby wraz z przyprawami z całego świata przekazały pożądany organizmowi wigor. I na wszelki wypadek, gdyby uchował się jakiś robal gotów do toczenia naszych sił życiowych, to zalewamy go kropelkami życia. Mogą być np. z żyta.
Świat dzikiej przyrody jest dobrym wzorcem do właściwego sposobu odżywiania. Tylko świeże, krwiste steki, podroby na surowo, świeża trawka i cały arsenał, nieskażonych chemią, ziółek, dają przyrodzie zdrowe i witalne osobniki. Aby przeżyć w takim świecie, taktyka wojenna musi być na najwyższym poziomie. Człowiek w tej walce jest zacofany. Zamiast rozwijać taktyczny podstęp, korzystać z usług sabotażystów na coraz szeroką skalę, tworzy chemiczne, nieznane naturze, związki do wytruwania wszystkiego. Powoduje tym w przyrodzie powstanie takich zdechlaków, których nic i nikt nie chce skonsumować. I tu zaczyna się zapewne problem, bo taki system prowadzi do nieznanych przyrodzie mutacji, którą prędzej czy później spożyjemy. A co dalej, to zostawiam wyobraźni czytelników.
Analizując dalej przyrodę, dochodzę do wniosków daleko idących, że życie fizyczne nie ginie, jedynie zmienia właściciela. Sama śmierć jest tylko zjawiskiem, w którym życie przekształca się do innego systemu trawiennego. Być może podsumowane biologiczne życie, ma wartość stałą, albo podobnie jak w termodynamice, entropia rośnie do osiągnięcia maksimum, czyli do końca świata. Czy ta hipoteza jest pocieszająca? Nie wiem, ale chciałem przypomnieć, że człowiek został obdarzony czymś jeszcze dodatkowym, oprócz zdolność do myślenia. Wierzący wierzą, że otrzymał duszę i możliwość życia wiecznego. W zgodzie z moją teorią, aby załapać się na to życie, należy spożywać pokarm o własnościach nieśmiertelnych. Po to właśnie Bóg musiał zostać uśmiercony, aby dać nam siebie na taki pokarm. A to już chyba brzmi optymistycznie.
Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Ciekłe życie

Życie jest zmianą. Jeśli przestaniesz się zmieniać, przestaniesz żyć.
— Rainer Haak

Przebieg wielu zjawisk fizycznych ma naturę niewidoczną gołym okiem. Często do poznania i zrozumienia powstałych efektów, człowiek buduje instrumenty pozwalające na obserwację niektórych pośrednich parametrów, mogących wyjaśnić to i owo w zachodzącym procesie. Sporo zjawisk w świecie nazywanym materialnym nie ma swojego wizerunku wewnętrznego, ale ma odbicie w innych, łatwo odczytywanych swoim obrazem przemian. Przykładem jest prąd elektryczny. Nie widać go, ale jego natura jest podobna do boksera wagi ciężkiej (taki żart). Na analogiach łatwo jest wyjaśnić wiele praw rządzących „tajemnymi” zjawiskami. Dla mnie i chyba nie tylko, jednym z najbardziej zagadkowych zjawisk jest życie, życie w ogóle.
Mijający zimowy czas sprzyja do przemyśleń nad naturą życia, między innymi w związku z minioną pamiątką narodzin szczególnego rodzaju ŻYCIA. Nie zamierzam podważać jakichkolwiek dogmatów religijnych, czy też naukowych stwierdzeń z zakresu medycyny analizującej to nieodgadnione i nierozszyfrowane pojęcie. O ile życie jest pojęciem, czy też w ogóle jest zjawiskiem w ziemskim rozumieniu. Od zarania dziejów, to coś co nazywamy życiem, badało wielu. Wielu szukało środka na opanowanie życia. Alchemia przy okazji poszukiwań eliksiru, dała medykom i nie tylko im, parę ciekawych specyfików. Ale póki co, nikt dotychczas nie zdefiniował czym jest życie. Nie licząc oczywiście określeń na życie typem definicji, że masło jest maślane. Do postawienia hipotezy czym jest życie, naprowadziło mnie intuicyjne, tak myślę, określanie jego elementów w różnych sytuacjach. Przykłady: „… wylewać żale… ”, „… oblać egzamin… ”, „… mieć przechlapane… ”, „ … olewać jakąś sprawę… ”, „ … spokojnie upływające życie… ”, „ … nam się nie przelewa… ”, „ … życie przeciekające przez palce… ” i wiele, wiele innych określeń.
Dodatkowo życie jest w relacji z czasem, a mijający czas jako parametr życia, często określamy, że upływa. Ale pierwotnym, naprowadzającym mnie na rozpoznanie mojej nowej teorii, było słowo „wściekłość”, określające w użytych sformułowaniach podstawową cechę życia nieznaną innym zjawiskom fizycznym jaką jest gniew, złość, wzburzenie. Co zauważyłem? Rdzeniem tego słowa jest „ciekłość”, cecha określająca ogólnie jeden z czterech stanów skupienia. *
Stan ciekły i jego własności bardzo mi przypasowały jako analogia do zjawiska „życia” i rozszerzenia hipotetycznej wiedzy o życiu po życiu, a także życia przed życiem.
Stawiam pierwszy wniosek, że życie ma charakter podobny do cieczy, czyli krótko mówiąc, życie jest ciekłe. Skoro znalazłem analogię dla definicji życia, przystępuję do analizy własności cieczy i transformacji tych cech na parametry życia.

1. Ciecze nie mają własnego kształtu. Przybierają kształt naczynia w którym się znajdują.

Życie wlewa się niejako w każdą formę organiczną wraz z pierwszą kroplą przekazaną przez rodzica i rozpoczynającą proces życia. Wypełnia cały organizm wraz ze wzrostem fizycznym konkretnej istoty. Jak się wlewa, jak funkcjonuje w strukturze materialnej, kiedy zaczyna życia ubywać, jak znika z organizmu. Są to zjawiska niezauważalne naszymi oczami, choć efekty tych procesów najwyraźniej odbieramy naszymi zmysłami i uznajemy za naturalne i oczywiste. Są to też pytania, na które w dalszej analizie chciałbym odpowiedzieć. Ogólnie pierwszy wniosek jest taki: życie przybiera kształt istoty, którą swą własnością ożywia.

2. W małych ilościach (w ilości kropli) ciecze przyjmują kształt idealnej kuli.

Małą ilość życia obserwujemy w wieku ogólnie nazywanym niemowlęcym. Nie znam nikogo, kto nie zachwyciłby się czy to dzidziusiem, czy szczeniaczkiem, kurczaczkiem, czy też wzrastającą na wiosnę świeżą trawką, polnym kwiatkiem, czy rozwijającymi się pączkami na gałązkach.

3. W świecie materialnym jest bardzo duża różnorodność cieczy o bardzo różnych własnościach fizycznych i chemicznych.

W świecie życia zwanym przyrodą, każdy gatunek obdarzony jest innym rodzajem życia. Jedne organizmy żyją chwilę, inne takie jak drzewa mogą przetrwać setki lat, a człowiek, jak wykazałem w moich wcześniejszych teoriach o życiu, w okolicach stu lat.

4. Ciecze rozpuszczają w sobie niektóre substancje stałe lub gazowe tworząc  roztwory nienasycone. Rozpuszczając je w maksymalnych ilościach (zależnych od takich parametrów jak temperatura, ciśnienie), roztwory nasycone. W roztworach, w miarę upływu czasu i rozpuszczalnika, krystalizuje się na tzw. zarodku, substancja rozpuszczona i tworzy się monokryształ albo bryła polikrystaliczna ( doświadczenie z rozpuszczoną solą w wodzie – klasa VI ).

W życiu zgodnie z analogią przytoczonego punktu rozpuszczają się nie substancje materialne, ale takie elementy życia, które przyjmujemy między innymi w procesie wychowawczym. Są to: uczciwość, solidność, pokora, patriotyzm, uczynność, a także wojowniczość, butność, chamstwo, tupet i wiele, wiele innych odnoszących się do własności niematerialnych przyjętych z tak zwanej ulicy. W zależności od nasycenia owymi wartościami w określonym życiu i zdolności ich do nazwijmy krystalizowania, po wielu latach konkretne cechy tworzą piękny kryształ i wielu z nas intuicyjnie potrafi dostrzec go i określić właściciela takiego skarbu mianem kryształowo czystym człowiekiem, a innego, że ma serce z kamienia. Ta umiejętność postrzegania wg mnie, to jeszcze nie poznany „szósty zmysł”.

5. Niektóre substancje rozpuszczając się zmieniają barwę roztworu. ( doświadczenie z nadmanganianem potasu – łac. kali hipermanganicum )

Owym szóstym zmysłem potrafimy określić osobnika, że prowadzi bujne i barwne życie na podstawie jego różnych, nie zawsze ciekawych cech. Stąd znane określenie, też intuicyjne: „rozpuszczony jak dziadowski bicz”.

6. Każda ciecz ma określone dwa parametry termiczne. Temperaturę krzepnięcia ( prawidłowo zwaną topnienia) i temperaturę wrzenia ( w zjawisku odwrotnym określaną temperaturą skraplania).

  • W przypadku wychłodzenia życie przechodzi w „stan stały”. Dla gatunku ludzkiego nie udało i zapewne nigdy nie uda się pobudzić „zestalonego życia” do „ ciekłości”. Moja hipoteza zakłada bardzo dużą wrażliwość życia na parametry energetyczne materii i dużą kruchość organizmu jako „naczynia” na owo życie. Podobnie jak zamarzająca woda rozsadza szklane naczynie wystawione na mróz, tak i ja zakładam podobny efekt z „życiem” człowieka. Inne rodzaje życia mają inne cechy (porównanie wody i boryga ), stąd istnieją organizmy mogące przy wyziębieniu przejść w stan hibernacji, a po ogrzaniu ponownie przywrócić swoje funkcje życiowe.
  • W przypadku przekroczenia maksymalnej granicznej temperatury, życie wrze. Wszystkim gotującym ziemniaki w czasie meczu wiadomo, że ciecz gwałtownie zamienia się w stan lotny, ( swąd spalenizny ziemniaków w kuchni jest tego dowodem) . Niestety ten nowy (gazowy) stan nie jest widoczny nawet szóstym zmysłem. I od tego momentu „życie” ponownie jest w dyspozycji Najwyższego.

Jak już wcześniej określiłem, życie na ziemi ma postać „ciekłą” i rozpoczyna się wraz z pierwszą jego kroplą. Założyłem hipotetycznie, że owa pierwsza kropla powstała w wyniku analogicznego zjawiska podobnego do skraplania, oczywiście po żarze uczuć w przypadku złożonych ewolucyjnie organizmów. „Życie przed życiem” miało postać analogiczną do gazu, co odpowiadałoby niewidoczności większości ciał lotnych, zatem i „życia przed życiem”. Organizmy przyjmujące określone życie są ciałami o temperaturze zachowującej je w stanie ciekłym. Jedne organizmy mają duży zakres zmian temperatury nie powodującej zmiany stanu „ciekłego” ich rodzaju życia, a inne struktury bardzo mały. Dla stałocieplnych jest to w przypadku homo sapiens 36,6 plus minus circa 4 stopnie Celsjusza.
Co się dzieje ż życiem, gdy zjawiska zachodzące na poziomie organizmu, z takiej czy innej przyczyny, nie utrzymują określonej temperatury?

7. Ciecze w całym zakresie temperatury parują. Im wyższa temperatura cieczy, oraz większy ruch atmosfery przy powierzchni cieczy, tym parowanie zachodzi szybciej.

Naczynie dla życia nie jest idealnie zamkniętym zbiornikiem. Gdyby tak było, można byłoby mówić o możliwości nieśmiertelności. Ale organizm jest naczyniem dziurawym i z wiekiem, nieszczelności powiększają się, ułatwiając życiu swobodne parowanie. Z latami ubywa w organizmie witalności, aż ( dla człowieka) w okolicach setki całkowicie życie wysycha. Dlaczego nie wszyscy dociągają do owej setki? Związane jest to z niedoskonałością organizmu, jako naczynia na życie. Jest wrażliwe na wiele czynników zewnętrznych i wewnętrznych, powodujących tworzenie się większych nieszczelności, którymi życie wyparowuje lub wycieka. Środowisko globalne i lokalne, wiatr historii, inne rodzaje życia wokół, wpływają na szybkość wyparowywania życia z organizmu. Zdarzają się też takie wypadki, w których „naczynie” pęka jak szklana butelka i rozlane na jezdni lub torach znika jak kałuża po deszczu.

Na tym punkcie własności cieczy zakończę wstęp do mojej nowej teorii o życiu, o ciekłym życiu. Mam nadzieję, że podstawy tej nowej hipotezy są dobrze umocowane w doświadczeniu każdego, kto obserwuje w sposób naturalny życie i jego problemy. Jeżeli będzie wola czytelników, abym dalej ją rozwinął, to informuję, że następne tematy będą związane z obiegiem życia analogicznie do obiegu wody w przyrodzie, z odwieczną walką między życiami na śmierć i życie, a także funkcjonowanie życia w stanie gazowym. Do ostatniego tematu naprowadziła mnie Małgosia, gdy po naprawie piecyka gazowego stwierdziła; „śmierdzisz gazem jakbyś się ulatniał”. To zdanie dało mi wiele do myślenia.

Pozdrawiam Grzegorz – myśliciel.

*Czytelnicy wielojęzyczni proszeni są o podanie, czy w językach, którymi się posługują na co dzień, życiowe dylematy też mają ciekłe określenie. Czekam niecierpliwie na uzupełnienie moich spostrzeżeń.

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Wybory

Demokracja to wybory polityczne. Dobrze jest, jeżeli ze swoim głosem jestem z większością. Gdy jest odwrotnie, to niestety muszę żyć nieukontentowany do następnych wyborów z nadzieją, że wówczas reszta społeczeństwa zmądrzeje.
Na szczęście głosowania te odbywają się co jakiś, w miarę odległy czas ustalony przez polityków. No i dobrze jest, że wybór jest moim wolnym prawem, a nie przymusem bez znaczenia oddanego głosu, jak niestety bywało kiedyś. I oby obecne reguły pozostały niezmienione. Emocje związane z wyborami politycznymi zostawiam politykom i ich komentatorom.
Mnie natomiast zastanawia wpływ codziennych, zwykłych życiowych wyborów na życie zwykłego człowieka. Przykładowo takiego jak ja.
Czy zerwać się raniutko z łóżeczka jak skowronek i śpiewem zamęczyć sąsiada podczas porannego golenia, czy przewrócić się na drugi bok i poleżeć jeszcze do …nastej. Czy jajecznica z trzech jaj na boczku będzie miała jakikolwiek wpływ na mój nastrój w stosunku do „zdrowej” owsianki. Czy skorzystanie z oferty kredytowej banku na pewno poprawi mi byt na długie, długie lata ?
Jak się dobrze zastanowić, to w każdym momencie mamy do rozwikłania jakiś większy lub błahy dylemat. I nie ma chyba znaczenia, czy jest to czas młodości, czy już wiek podeszły. Zbyt duże natężenie zagadek do rozwiązania zapewne jest powodem bólu głowy, albo innych dolegliwości natury psyche. Jedynie małe dzieci nie uskarżają się na te dolegliwości, bo zdane są na decyzje rodziców. Im dłużej nie stawiają oporu ich poleceniom, tym rzadziej poznają konsekwencje niewłaściwych wyborów. A w tak młodym wieku łatwo jest ulec pokusie ryzyka „raz kozie śmierć”. Stąd też i NFZ ma sporo wydatków na oddziały rehabilitacyjne dla osób po fantazyjnych ekscesach .
Wolność związana z możliwością wyboru, tworzy z naszego życia wielką planszę diagramu z rubrykami: wybór i wynikająca stąd konsekwencja. Plansza życia podobna do graficznej prezentacji algorytmu programu komputerowego różni się od takowego, tym że nie ma na niej linii „wróć do punktu startowego”. A reset programu oznacza jego skrócone odczytanie fragmentów (zawsze tych pozytywnych) przez mistrza ceremoniału, wiadomo jakiego.
Cofając się wspomnieniami po labiryncie decyzji z naszego życia, możemy zatęsknić za nieskończoną ilością równoległych, możliwych życiorysów, które być może byłyby ciekawsze i satysfakcjonujące. Ale niestety tego już nie cofniemy, jedynie możemy dokonać jakiegoś nieprzemyślanego ekscesu, aby przeskoczyć do scenariusza wymarzonego szczęścia. Gorzej, gdy ten nowy „film” okazuje się jeszcze gorszym widowiskiem, niż wydeptana pierwotnie ścieżka bytu.
Diagram nasz malowany jest nie tylko przez nas samych. Znajdują się zapewne i takie miejsca, gdzie warunki historyczne, ustrojowe, nieprzewidziane zjawiska przyrodnicze ograniczyły lub zamknęły niejedną możliwość wyboru życiowego. Ale w większości sytuacji, to my w sposób nieprzymuszony mamy pole do popisu ( to pojęcie wpisuje się elegancko w krzyżówkę naszego życia ) i to my osobiście ponosimy konsekwencje własnych decyzji. Niejeden uważa, że jego ścieżka i tak jest gdzieś z góry zapisana i stwierdzeniem „że takiego mnie Panie stworzyłeś, to takiego mnie masz” kroczy przez życie niczym tocząca się piłka. I jak go kto kopnie, to tak posuwa się po tym łez padole, nie próbując wyjść poza szarość dnia codziennego. Inni żyją chwilą obecną i ważne wybory poddają losowi, jakby życie było grą liczbową i liczył się tylko np. teraźniejszy sukces materialny, bez zważania na ofiary w swoim otoczeniu.
Koniec naszego szyfrogramu jest tajemnicą. Jest też nadzieja, że kiedyś po zakończeniu programu „życie”, otrzymamy nową „carte blanche” do naprawdę swobodnego, nieskończonego wypełniania. Czyli, aby dojść do właściwego finiszu, należałoby wzorem dobrego księgowego, kalkulować każdy swój wybór. I wcale nie o wartości materialne w tym przeliczeniu chodzi, ale o to aby w sumieniu nie pojawiły się wątpliwości dla życiowych alternatyw.

Grzegorz – wyborca

Dla ciekawych załączam przykładowy (fragmentaryczny) diagram programu „Życie”

Dyskusja

Anka

Podziałał na moją wyobraźnię pierwszy człon alternatywy i wywołał zdrowy śmiech, cytuję:..”Czy zerwać się raniutko z łóżeczka jak skowronek i śpiewem zamęczyć sąsiada podczas porannego golenia,…” Chciałabym być naocznym świadkiem tego Twojego wyboru… . Nasze wybory powinny eliminować zło. Człowiek jest wolny i przedmiotem jego wyboru powinno być dobro obiektywne. Nasze wybory zależą od kąta widzenia rzeczywistości. Nieraz źle widzimy rzeczywistość, źle ją oceniamy. Oceniamy ją według własnej miary rzeczywistości. Obecnie w świecie przeważa mit wolności absolutnej. Doprowadza on do różnych postaci zniewolenia … . Wolność absolutna to absurd. Ludzka wolność nie może być absolutna, domaga się jakiegoś podporządkowania. Należy zawsze stanąć za dobrem obiektywnym i nie pozwolić sobą manipulować.

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria wartości oczekiwanej

Ciekawość naczelnych doprowadziła w postępie cywilizacyjnym do umiejętności zmierzenia prawie wszystkiego z czym się stykamy. Wyniki pomiarów są ogólnie dostępne dla każdego i każdy może interpretować je według własnej wiedzy i potrzeb. Mnie zainteresował wpływ wyników na stan samopoczucia człowieka, współczesnego człowieka.
Rys historyczny
Jeszcze nie tak dawno, w świecie o prostej linii egzystencji, człowiek funkcjonował zgodnie z naturą. Wartościami oczekiwanymi dlań były naturalne zjawiska, przykładowo: czy wzejdzie słońce, spadnie deszcz, czy żniwa dadzą dobry plon, czy w karczmie będzie dobra gorzałka? Z wyliczalnych wartości były to: pory roku z miesiącami, dni tygodnia, uderzenia dzwonu kościelnego określającego południe, albo wartość dochodu gospodarstwa pomniejszona o dziesięcinę…!!! Satysfakcja i nastrój psychiczny bardziej związane były z przysłowiami i zabobonami. Współcześnie wiosny oczekujemy z prognoz meteorologów, a nie jak drzewiej czekano do „Świętego Grzegorza, co to …”
Analiza
Jestem świeżo po serii dociekliwych obserwacji nad wartością oczekiwaną z zakresu mojego zdrowia. Anatomicznie człowiek pomierzony jest na wszelkie możliwe sposoby, od temperatury ciała, poprzez wyniki badań moczu, krwi, ciśnienia i cholesterolu do kompletnej tomografii komputerowej całego organizmu. Zatroskany o swoje zdrowie, poddaje się okresowym badaniom. Na formułę moich zabiegów balneologicznych mają decydujący wpływ owe wyniki porównane do wartości podawanych przez medycynę jako właściwe. Jeżeli są mocno rozbieżne, to zrozumiałe, że zaczynam intensywną kurację, aby w jak najkrótszym czasie doprowadzić ustrój do oczekiwanych wartości. Przeważnie błyskawicznej poprawy nie uzyskuję i wtedy wpadam w stan… nieciekawy, ogólnie smutny . Ale też zauważyłem, że odpowiednio szybkie powroty wyników do wartości oczekiwanych, pomimo utrzymujących się dolegliwości, wywołują radość z konsekwencją stanu, który określę „ hulaj dusza piekła nie ma”. Wnioskuję, że nieraz osobnikom mnie podobnym, wystarczyłyby takie pomiarowe ustrojstwa, które wskazywałyby tylko wartości oczekiwane. Podobieństwo działania placebo na wielu pacjentach. Wielu nie oznacza wszystkich, bo zauważyłem, że nie każdemu w to mi graj jest znormalizowana wartość oczekiwana. Podobnie do lekko przeziębionego ucznia, wyższa ciepłota ciała paradoksalnie jest właśnie wartością oczekiwaną, bo wiąże się z serdeczną opieką rodzicielki i … . (szkoła). Milo wspominam tamte czasy. Wartość oczekiwana może dla jednych mieć wynik pozytywny, dla innych przeciwnie, negatywny. Czy może mieć wartość obojętną? Mam w tej mierze wątpliwości i póki nie znajdę potwierdzenia takiego stanu, zakładam, iż wartość oczekiwana przyjmuje tylko dwa stany.
Smoleńskie tragiczne wydarzenie w większości społeczeństw wywołało stan smutku. Wydawało mi się, że skoro nie mam żadnego pojęcia o sprawach lotnictwa, to jedyną wartością przeze mnie oczekiwaną będzie raport ze śledztwa nad tą tragedią. Jaki wywoła stan, zależeć będzie od końcowej oceny specjalistów. Ale włos mi się zjeżył, gdy ledwie rozpoczęto żmudną układankę prokuratorską, a już wielu znajomych uzyskało końcową wartość oczekiwaną i to taką, jaką oczekują.
To zjawisko zaburzyło mi pracę nad moją teorią wartości oczekiwanej.
Wnioski niedokończone.
Tzw. obiektywne fakty nie mają znaczenia, tylko wartości oczekiwane stanowią o optymizmie lub nie w życiu człowieka.

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria „ciepło czy zimno”

Przez wiele lat pracy w szkole, jednym z ciekawszych doświadczeń fizycznych jakie przeprowadzałem z uczniami, był eksperyment z odczuwaniem temperatury, jako wielkości określanej subiektywnie. Doświadczenie to sam odbierałem jako czysto fizyczne. Zanurzając jedną rękę w lodowatej wodzie, a drugą w gorącej na tyle, aby nie poparzyć dłoni, po pewnym czasie tak przygotowane kończyny zanurzali uczniowie w trzeciej misce z letnią wodą. Ręka wyziębiona pierwotnie określała przyjemne ciepło odczuwane w nowej sytuacji, natomiast wygrzana dłoń wyczuwała nawet nieznośny chłód z nowego zanurzenia.
Stawiam tezę, że w strefie niefizycznych sytuacji, takich jak emocje, wiedza, wiara i inne, obowiązuje analogiczny schemat stawiania subiektywnych wniosków co do istoty problemu, z jakim ludzie maja do czynienia. Ryzykuję stwierdzeniem, że nie ma prawdy czy też fałszu obiektywnego opisanego przez istotę ludzką. Każdy, tak mniemam, zauważył niejednokrotnie, że ocena dowolnego wydarzenia otrzymuje osądy wręcz skrajne, od potępienia do pochwały. (przykładowo wspomnę świeże sprawy dwóch znanych nazwisk: Polański, Jaruzelski). W zależności jakie doświadczenia życiowe mieli adwersarze dyskusji, tak różnorodne wydają opinie na konkretny temat. Temat, który wydaje się każdemu słuchaczowi rozmowy, według jego wcześniejszych doświadczeń życiowych, jako obiektywny, nie podlegający żadnej dyskusji. Jeszcze większego zdziwienia doznaje, gdy przykładowo jego najbliższa sercu osoba komentuje takie wydarzenie na całkiem inny sposób. A przecież człowiek z natury nie jest wyrozumiały, czy też tolerancyjny lub skłonny do refleksji. Gdy ma tylko możliwość, to stara się wyjaśnić albo i „dobitnie” przekonać o słuszności własnej oceny. Często słyszymy lub nawet spotykamy osoby, (przeważnie słabsze fizycznie,) jak ich lico odzwierciedla efekt otrzymanych lekcji poprawności patrzenia na świat. Tylko dzięki istnieniu zjawiska” ciepło czy zimno”, totalitaryzmy, jakie niedawno Europa doświadczała, wyzwoliły się narody ciemiężone. A jednak dla wielu doświadczenie tamtego okresu pozostało taką „misą z gorącą wodą” i postrzegając czas obecny, mówią nawet oficjalnie, że „za komuny to żyło się lepiej”. Przeciwnego zdania z pewnością są ówcześni zesłańcy na zimny Sybir.
Mam nadzieję, że odkrycie tej teorii pozwoli moim czytelnikom choćby na próbę zrozumienia innego toku myślenia swoich oponentów (mam na myśli także siebie) w dyskusjach na różnorodne tematy. A już z pewnością powinni zastosować ograniczone zaufanie do rozmówcy, w przypadku jednakowej oceny wydarzeń, o jakich toczy się rozmowa. Nie chcę zamęczać odbiorców nudnymi przykładami uzasadniającymi moją teorię. Natomiast chętnie takie potwierdzenie wspomnianej tezy, odczytałbym w Waszych komentarzach z przykładami sytuacji spotkanymi przez Was. Dla zainicjowania rozważań poniżej przytaczam przypowieść o wędrówce dwóch aniołów ( przysłaną mi kiedyś przez Janusza ). Wydaje mi się przewrotnym uzasadnieniem prawdziwości mojej hipotezy.

„Przypowieść
Dwaj Aniołowie-wędrowcy zatrzymali się na nocleg w domu bardzo bogatej rodziny. Rodzina okazała się niezbyt gościnna i nie zdecydowała się na ulokowanie Aniołów w sypialni dla gości. Zamiast tego Aniołowie otrzymali miejsce w piwnicy.
Kiedy przygotowywali sobie posłanie, starszy z nich dostrzegł dziurę w ścianie i załatał ją.
Kiedy zobaczył to młodszy z Aniołów, zapytał, dlaczego. Starszy odpowiedział: – Nie wszystko jest takie, jakim się być wydaje.
Na kolejny nocleg Aniołowie wstąpili do domku bardzo biednego, ale gościnnego człowieka i jego żony. Małżonkowie podzielili się z Aniołami skromniutkim posiłkiem, jaki sami mieli i oddali im własne posłania, żeby zdrożeni wędrowcy mogli się dobrze wyspać.
Rankiem, kiedy Aniołowie wstali, zobaczyli swojego gospodarza i jego żonę zapłakanych.
Ich jedyna krowa, której mleko stanowiło jedyne źródło dochodu rodziny,
Leżała martwa w obórce. Młodszy Anioł zapytał starszego: – Jak to się mogło stać? Pierwszy gospodarz miał wszystko, czego dusza zapragnie, a ty mu pomogłeś. Druga rodzina, chociaż sama miała wszystkiego bardzo mało, gotowa była podzielić się z nami wszystkim, a ty pozwoliłeś, żeby padła ich jedyna krowa-żywicielka. Dlaczego? Nie wszystko jest takie, jakim się być wydaje, odpowiedział starszy z Aniołów.
Kiedy spaliśmy w piwnicy zorientowałem się, że w dziurze w ścianie schowane jest złoto.
Gospodarz był gburowaty, nieprzyjazny i nie zależało mu na czynieniu dobra, dlatego też naprawiłem ścianę, żeby nie mógł znaleźć ukrytego w niej skarbu.
Kiedy kolejnej nocy spaliśmy na posłaniach naszych gospodarzy, zjawił się Anioł Śmierci, który przybył po żonę biedaka. Oddałem mu więc w zamian ich krowę. Człowiek nigdy nie wie wszystkiego.
Nawet jeśli posiadasz wiarę, powinieneś jeszcze wzbudzić w sobie zaufanie,
że wszystko, co cię spotyka, dzieje się dla Twojego dobra.
Zrozumiesz to na pewno z czasem. „

Dyskusja

Anka

„Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje” – zgadzam się z tą teorią w stu procentach. Jedna sprawa, jeden problem, a każdy zainteresowany interpretuje je na swój sposób. I dla każdego to, co On czuje, jest jedynie słuszne. Nie potrafimy słuchać innych, ale chcemy by nas słyszano. Może trochę więcej pokory by nam się przydało. Przypowieść o Aniołach bardzo mi przypadła do serca. Wiara w Opatrzność pozwoliłaby wielu z nas zrozumieć to co nas w życiu spotkało lub spotyka. Może byłoby mniej nienawiści, więcej przebaczenia. Co do keksa to …ślinka mi cieknie. Pozdrawiam Anka.

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria bólów ogniskowych

Brak właściwego utrzymania muskulatury opinającej mój system kostny i związane z tym niedogodności doprowadziły podczas pobytu w Bieszczadach do ciekawych spostrzeżeń i do powstania mojej nowej teorii.
Wracając z górskich wypraw nie od razu odczuwam ból w kręgosłupie. Pojawia się przeważnie późnym wieczorem, gdy dzień kończy się ogniskiem. Wieczory, zwłaszcza w Bieszczadach, tuż po zachodzie słońca, są dość mocno chłodne. Ognisko, przy którym można posiedzieć do ciemnej nocy, jest w tych okolicach rzeczą jak najbardziej naturalną. Zauważyłem, że przy palenisku z grymasem na twarzy, za kręgosłup chwyta się więcej osób, nie tylko ja. Potwierdzenie aktywności harcerskiej w młodości współuczestników ogrzewania się, oświeciło mnie i ułożyłem następującą hipotezę odnoszącą się do bólów w organizmie.
Wykręcanie paralityczne jest analogiczne do wyginania się bimetalu przy ogrzewaniu takiego. Skrót informacyjny: każde ciało fizyczne w tym i zapewne ludzkie, przy wzroście temperatury rozszerza się w tym i wydłuża się. Jedne bardziej, inne mniej. To zjawisko wykorzystywane jest do budowy bimetalu. Złączone trwale różne metale przy różnych wydłużeniach termicznych razem muszą wygiąć się. Człowiek, w młodości harcerz, jest zbudowany mniej więcej z jednolitego budulca. Ale biesiadując przy ognisku, ogrzewa brzuch, klatkę piersiową i twarz, natomiast tylna część osobnika, lędźwie, plecy, potylica są mocno schładzane wieczornym powietrzem. Jak można zauważyć nachylony człowiek w kierunku ognia doznaje potężnych obciążeń układu kostno-mięśniowego, gdzie rozszerzony brzuch naciąga skrócone zimnem plecy. Nierzadko też harcerze skarżą się na ból głowy, zwalając winę na zbyt duże puszki z browarem. A przecież czaszka nie jest z gumy i termicznie zniekształcona może nawet wywołać ból oglądania takiego lica u współtowarzyszy ognistej biesiady. Kto zna takiego rodzaju bóle, wie że po podniesieniu się z siedziska przyogniskowego, prawą lub lewą ręką, a nierzadko obiema, podpiera kibić i wykonuje, w celu uzyskania chwilowej ulgi, mocne wygięcie do tyłu, zamiast ładnie się skłonić otoczeniu i powiedzieć miłe uchu „dobranoc”, a nie jakieś tam „O!, k…., ja p…. .”. Myślę, iż teoria ta uzyska w statystycznych badaniach przyszłych doktorantów medycyny potwierdzenie jej prawdziwości i zostaną ułożone zasady profilaktycznego przesiadywania przy ogniskach, tak miłych każdemu młodemu i staremu turyście.

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria o miłości

Róża

O miłości

O miłości – piękny temat wziąłem
Rozmyślać nad nim zacząłem z mozołem
Czym jest miłość? – tomy zapisano,
O kochaniu tysiące zwrotek wyśpiewano,
O tej pięknej, szlachetnej i nieszczęśliwej,
W kwiaty, pierścionki i słowa ubrane tkliwe,
Co zazdrością spychana w przepaść nienawiści,
Rozwodem, płaczem i zemstą się ziści.
Po cóż więc księgi o tym uczuciu prawią,
Gdy definicję właściwą tak marnotrawią.
Miłość oddana to wymysł jest sprzeczny
Z naturą i z genów obowiązkiem wiecznym.
Czym zatem miłość się charakteryzuje,
Jakie wartości w życiu oferuje?
Uważam, że miłość zyskiem musi się kierować
Coś za coś swojej lubej ofiarować.
Niematerialny profit jest na liście wymiany
wymaga ciągłej charakterów przemiany
Aby duże zyski mógł miłośnik zdobyć
Pantofelkiem w domu on powinien pobyć.
Mieć czystą bieliznę, teściowej przychylność
Niewielka to cena, codzienna przymilność.
Opiekę nad potomstwem, co by rosło w siłę,
Wystarczy codziennie szeptać słówka miłe.
Święty spokój na lata, radość w oczach dzieci
Jest to biznes potężny, gdy miłość tak leci.
Nie należy kochać bez wizji intraty
Bo uczucie takie niesie same straty.
Wydana mamona na próżne i modne gusta
Niszczy sens pracy, a w sercu pustka
Gdzie wiara, ofiarność zapyta się sceptyk
Poświęcić się darmo może tylko neptyk.
Pomnażając walory w ludzi kochaniu
Zyskujesz przyjaciół w ciągłym zabieganiu.
Gdziekolwiek swe uczucie miłosne skierujesz
Tam z uśmiechem dobrobyt i szczęście budujesz.
Przykłady zysków mnożyć mógłbym krocie,
Gdzie miłość podwaja jakoby nakłady w złocie.
Po co tak kochać i tak męczyć siebie?
Interes mój to obiecana nagroda w niebie.

Jak zwykle przy moich teoriach zapraszam do dyskusji.
Zakochany Grzegorz

Dyskusja

Anka

Nie będę się wypowiadać na temat miłości, ale wypowiem się na temat Twojej twórczości o miłości… . Jednym zdaniem – podoba mi się, fajnie się czyta…

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria Punktów

Obserwując świat z kosmosu, widać tylko ładny globus, gdzieniegdzie zasłonięty chmurami. Ludzi nie widać, choć wiemy, że tam gdzieś żyją. Obserwując aglomeracje, stadiony, wiece, ludzie przypominają kolorowe główki od szpilki, ułożone jedna obok drugiej. Człowiek jest jak matematyczny punkt, choć ma cechy fizyczne, czyli podlega oddziaływaniom i sam oddziaływa. Dzień powołania do życia człowieka jest środkiem okręgu, gdzie umieszczony jest ów narodzony byt. Natomiast gdzieś w oddali po okręgu przebiega linia na której w którymś miejscu jest koniec życia, doczesnego życia. Ale za okręgiem jest cała nieskończona przestrzeń i w zależności od wiary, określa miejsce dla Boga i miejsce dla złych mocy lub nicości dla osób o materialistycznym podejściu do zagadnienia istnienia. Życie człowieka to nic innego jak prosta lub łamana, po której dąży do tego okręgu, aby przekroczyć go w miejscu od którego już po prostej dążącej do nieskończoności przemieści się tunelem ze światłem na końcu lub zostanie za okręgiem i będzie nas straszyć jako upiór czy inna mara nieczysta. Skąd noworodek ma wiedzieć jaką ścieżką udać się do linii kończącej życie doczesne. Do którego punktu na okręgu skierować swe kroki życia. Otóż o kierunku startu decydują rodzice. To oni są pierwszymi punktami oddziaływającymi na oseska w jego pierwszych miesiącach życia. Dla zobrazowania oddziaływań posłużę się analogią działania odchodzącego już w przeszłość kineskopu elektronowego stosowanego w telewizorach. Będę robił duże uproszczenia, ale gdyby te były niezrozumiałe, chętnie dodatkowo wyjaśnię lub podam odnośnik do literatury fachowej. Otóż nasz niemowlak jest jak elektron umiejscowiony na wyrzutni tychże i przyciągany przez anodę kineskopu gdzie ma zakończyć swój żywot wyświetlając punkt na ekranie luminescencyjnym. To rodzice jako siatka modulująca i katoda wypychająca określają z jakim impetem w ustawiony przez nich kierunek wyruszy młody obywatel świata. Gdyby nie było innych „punktów”, wszyscy potomkowie kierowaliby się do jednego miejsca. Takie podejście do życia i śmierci można zauważyć u plemion pierwotnych odkrywanych czy to w Afryce, czy w Amazonii, czy Azji. Ale wcale nie musi iść wzdłuż kierunku, który wyznaczyli mu rodzice. W kineskopie są płytki odchylające tor ruchu elektronu. Standardowe kineskopy odchylają elektrony polem magnetycznym, ale pierwsze robiły to polem elektrycznym. Otóż w zależności od potencjału płytek umieszczonych przy trasie elektronu, tenże odchyla się od linii prostej i kończy swoje istnienie świecąc w całkiem innym miejscu ekranu niż polecany przez rodziców centralny środek. Ten stan, który po drugiej stronie ekranu tworzy oglądany obraz ułożony przez tysiące elektronów, stanowi system demokracji, gdzie nie wszyscy myślą jednakowo, ale jednak razem tworzą historię. To taka mała dygresja. W życiu takich punktów-płytek o różnym potencjale i sile oddziaływania na umysł i wolną wolę człowieka jest dużo więcej. Zdarza się i to wcale nie rzadko, że młoda istota jest ciągana nie tylko przez mamę i tatę, ale też przez dziadków, ciotki i wujków, sąsiadów, urzędników w instytucjach oświaty państwowej i wielu, wielu innych . Zamiast iść prostą drogą, linia krzywi się i kręci się od jednej skrajności do drugiej kręcąc się w kółko bez konkretnego celu. Znane określenie dla małego człowieka: „pępek świata”, jest chyba dobrym odzwierciedleniem tej sytuacji. W zależności od środowiska, od osób z którymi w swym życiu zetknie się człowiek, od oddziaływującej myśli twórczej, którą zostawili już nieobecni lub działania przekazu w mediach, ścieżka skierowana pierwotnie w dodatnią stronę przez rodziców, może zmieniać kierunek i tym samym zmieniać zwrot tym bliźnim, na których nasz bohater życia ma odpowiednio silny wpływ między innymi na następne pokolenie czyli własne dzieci. I tak dalej . Myślę, że przysłowie „ z kim przystajesz, takim się stajesz” ma w tej teorii dobre umocowanie. Teraz już tylko pozostaje nam spróbować przeprowadzić analizę dotychczasowej marszruty naszego bytu i określić, w którą część przestrzeni kierujemy się. Czy nie jest jeszcze czas zbliżyć się do jakiegoś „punktu”, który być może zmieniłby nasz kierunek swoim oddziaływaniem na … no właśnie, na jaki?. Pozdrawiam Grzegorz.

Dyskusja
Anka – 18.11.2008
Czytam Twoją “Teorię punktów” i nadziwić się nie mogę. Niby się z nią zgadzam …, ale nie rozumiem, dlaczego jedni przekroczą okrąg i świecącym tunelem przemieszczą się w nieskończoność, a inni zostaną za okręgiem, by nas straszyć jako mary nieczyste. Wydaje mi się, że wszyscy przemieszczają się w nieskończoność poza okrąg życia, tylko jednym świeci światło jaśniej i radośniej, a innym jest trochę ciemno i straszno, więc trzymają się jakiś czas tego okręgu. I tylko dzięki nam może im światełko rozjaśni tę drogę w nieskończoność…

Grzegorz – 18.11.2008

Bardzo dobrze Aniu odczytałaś teorię. W tym uproszczeniu przeoczyłem określić kąt podejścia do linii okręgu. Kto idzie prostą drogą, ten ją przekroczy prostopadle, a kto kluczy może podejść do niej stycznie. Wiara poszerza koło życia do nieskończoności, a jej brak ogranicza nawet wyobraźnię. Zapewne więcej popełniłem niedomówień, ale cieszę się, że mimo takich ułomności, zachęciłem do rozważań. Czekam na następne dociekania. Grzegorz

Leszczu – 21.02.2009

“Do którego punktu na okręgu skierować swe kroki życia”. Trochę bredzisz z tym kineskopem szwagier. Ale w sumie niezły wywód. Tak jest nas miliony, głowy jak szpilki punkty na stadionie i oddziaływujemy na siebie. Oddziaływanie to jak mawiał nasz ex prezydent ma plusy dodatnie i plusy ujemne. Ja już mam dość plusów ujemnych i kieruję swoje kroki życia tam gdzie punktów – szpilek – głów jest jak najmniej w Bieszczadzką Dzicz, bo dużo korzystniejsze jest oddziaływanie przyrody i zwierząt niż owych punktów.

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Kulista teoria poznawania świata

Rodzący się człowiek, można by określić, że o świecie wie tyle, na ile jest głodny. Dorastając i przyjmując powoli pozycje pionową poznaje coraz to większy obszar otoczenia, coraz więcej rozumuje pojęć encyklopedycznych i zjawisk fizykochemicznych. Licząc zdobytą wiedzę i umiejętności o otaczającym świecie do mijającego czasu życia takiego oseska, horyzont z każdym dniem powiększa się bardzo szybko. Obrazowo proces ten przypomina płaską miseczkę napełnianą eliksirem inteligencji. Podwórko, przedszkole i nauczanie początkowe zagadnienie poznania dalej poszerza, choć nie jest już tak intensywne. Czara, jaka się tworzy przybiera kształt kaganka oświaty, który już przy swoim brzegu nie jest aż tak szeroki. Bo zagadnienia już nie tak łatwo wchłaniają się w umysł ucznia. Zaczynają oddziaływać obiektywne i środowiskowe uwarunkowania i nie pozwalają na ekspansywne poszerzanie horyzontów. Czas dorosłości wymusza działania w sferze egzystencji, co często powoduje zawężenie pola widzenia obywatela tylko do przyziemnych spraw. Na starość, niestety utrzymywana wiedza obejmuje tylko przypadki chorobowe. A w godzinie ostatniej człowiek widzi już tylko światełko w tunelu. Tak, więc naczynie poznania świata doczesnego zamyka się i w idealnym przypadku przyjmuje kształt kuli. Ale jak to w życiu, bardzo często kształt tego naczynia odbiega od wzoru x²+y²+z²=r². Większość społeczeństwa obserwowana przeze mnie tworzy naczynia o zarysie jaja. Stąd częste określenie wielu osób jako jajogłowi. Spora grupa poznająca świat przez pryzmat szkła, zawęża swój światopogląd do wzoru C2H5OH, otrzymując ładne naczyńko niczym nie odbiegające od rzeczywistego stojącego na stole. Zdarzają się zdolne dzieci, ale z zaprzepaszczonym talentem w wieku dojrzałym. Przypominają wtedy dorodną gruszkę, co zapewne ma podstawy w stosowaniu chemicznych zdobyczy myśli ludzkiej. Z historii znane są postacie wybitne, ale o krótkim życiorysie. Ich inteligencja rysuje się w format dysku dyskobola. Przelatują szybko i zostawiają wyraźny ślad na ziemi. Przykładów odbiegających od idealnej kuli można by mnożyć. Do czego może ta teoria służyć? Nie wiem. Ale wiele jest na świecie teorii nic nie wyjaśniających, więc i moją dokładam, aby każdy mógł opisać wygląd naczynia poznania swój i bliźniego. I jakaż satysfakcja, gdy będzie można wyrzucić bliźniemu jego mizerny kształt „naczynia poznania” nie uwłaczając jego godności fizycznej i niedoskonałości anatomicznej. Pozdrawiam i czekam na określenie mojego IQ. Grzegorz

Dyskusja
Anka – 28.10.2008
Jakoś nie mam nastroju i trudno mi się wgłębić w Twoją teorię poznania. Widać mam bardzo niskie IQ. Możliwe, że im człowiek starszy tym więcej wie o tym, że dużo nie wie. Im więcej wie, tym więcej nie wie.

Janusz – 29.10.2008
Koło jest doskonałe, więc Twoja teoria wskazuje z pewnością poziom IQ ponad normatywny. …

Iza – 6.11.2008
Człowiek uczy się całe życie, nawet jeśli nie chce… Widzę tę teorię oczami wyobraźni, ale nie wiem czy się z nią zgodzę. Wydaje mi się, że ten kształt rzadko bywa kulą, częściej jest stożkiem lub walcem:) . Na następny temat poproszę różnice pokoleniowe i czemu ludzie tak szybko zapominają o tym, że kiedyś też byli młodzi:)
Szopen – 5.05.2011
Koło może jest idealną figurą lecz tylko dla empirii.
Koło daje poznanie tylko w określonym zakresie, ponieważ jest ograniczone swoimi granicami. Oznacza to, że daje poznać tylko to, co jest w jego obwodzie. Żeby zrozumieć trzeba wyjść poza granice koła. Dlatego nie wydaje mi się, że jest to idealna figura dla racjonalnego poznania świata. Świat ma swój początek i koniec i koniec i początek, tak samo jak życie. Zdradzę wam liczbę (Figura) która jest dwa razy lepsza od koła ….?
8
ale to dopiero punkt wyjścia……………………..

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

O słowie

Myśli me zaczynają krążyć wokół środków, którymi chciałbym wyrazić swe emocje o zdarzeniach dziejących się wokół mnie. Ale jak zwykle, gdy za długo zaczynam rozmyślać, tworzy się w mej mózgownicy nowa teoria. Tym razem o kontaktach między ludźmi. Ale wydaje mi się, że teza, którą stawiam nie jest najoryginalniejsza. Zauważyłem, że komunikujemy się wzajemnie w dwóch celach. Pierwszym jest przekazanie ogólnie pojętej informacji od suchych faktów po ploteczki. Bardzo często jest to tylko pretekst do drugiego, chyba najważniejszego celu, jakim jest podzielenie się wrażeniami. Różnorodność charakterów ludzkich i środków przekazu, w tym artystycznych, tworzy całą gamę doznań do obdarowania bliźnich, od uwielbienia przez obojętność aż do nienawiści. Powszechnie nazywana znieczulica, według mnie jest tylko zasłoną rzeczywistych odczuć. Przeważnie radość z cudzego nieszczęścia, albo zazdrość o cudze powodzenie jest powodem założenia maski obojętności, bo tak skojarzonymi odczuciami nie chcemy się chwalić. Jak zwykle można się domyślać, że temat jest tak obszerny, iż boję się go dalej szeroko drążyć, choćby tylko w przykładach. Bez wyraźnej akceptacji czytelników moich…( tu wstaw właściwe słowo) teorii nie zagłębię się w temat ponad wątek, który dalej zamierzam snuć.
Umiejętność tworzenia narzędzi, posługiwania się nimi i zdolność logicznej rozmowy, bardziej rozszerza wachlarz możliwości przekazu emocji. Populacja pozostałych żywych stworzeń na naszej planecie ma ograniczony zakres wyartykułowania swych reakcji. Właściciele psów i innych zwierzątek powinni wyczuć, o czym rozważam. Swoimi reakcjami na zdarzenia świata ogólnie dostępnego, dzielę się z odbiorcami strony za pomocą multimedialnych prezentacji, ale nie tylko. Przeważnie posługuję się we wstępie słowem. To właśnie użyte słowo w zdaniach jest powodem poszukiwań wyrażenia moich frustracji i podniet. Osobiście nie znoszę długich wywodów, a tym bardziej z tak zwanym wodolejstwem. Sam natomiast w towarzystwie jestem gadułą bez „składu i ładu”, zwłaszcza po doznaniach smakowych odpowiednich specyfików. I właśnie świadomość tej wady nakazuje mi streszczać się do minimum, co jak widać z powyższego wcale mi się w tym wpisie nie udaje. Inspiracją takich działań dodatkowo stał się wpis o poezji na blogu koleżanki Danusi
„…Kiedy napiszę wiersz, po pewnym czasie siadam nad nim jeszcze raz i wykreślam niepotrzebne słowa. Zbyt dużo słów w poezji, to jej zaśmiecanie. Mam na ten temat taki epigraf:
Poezja – słów odejmowanie.
Pewnie tak jest, że tam, gdzie jest poezja, niepotrzebne są słowa, a raczej jest ona pomiędzy słowami, pomiędzy wersami, pomiędzy ludźmi. Jest jeszcze drugie znaczenie tego motta. Często zdarza mi się przeczytać wiersz, a gęba mi się nie chce zamknąć ze zdziwienia. Takie to piękne i powiedzieć nie można nic, tak zachwyca.•….. •Oczywiście, kiedy chcę stworzyć nastrój, używam więcej słów. Ale tak trzeba i już…”
Jej wiersz o słowie, streszcza to, co powyżej z nadmiarem potoku słów wydumałem jako nową teorię. Ale też i potwierdza on tezę przeze mnie postawioną.
Słowo
Słowo ułomne
nie wypowie radości
z poznania człowieka
… jestem przepełniona radością…
mówię
Ale poza mną
poza Tobą
jest szeroka, wolna
przestrzeń
wypełniasz ją
swoim głosem
ja oczekiwaniem
Opowiadam siebie
Brakuje mi następnego
Słowa
Przykład tego wiersza wskazuje na ułomność mych wynurzeń. Parę słów w wersach oddaje więcej niż cały mój wywód ( na szczęście nie rozszerzony). Jednakże muszę się przyznać, takie skracanie wersów, powoduje u przeciętnego obywatela, jakim jestem, nie zawsze zrozumienie, co autor miał na myśli. I przekaz uczuć może być źle odebrany lub wręcz pominięty.
Przykłady spotykanych słownych fraszek, pokazują jak sposób odczytania wyrazu lub wersu, zmienia całkowicie doznawane uczucie. Zwykłe zapytanie Szczepana, co robi, może przestawić biegunowo odbiór wrażenia, jakie tworzy takie zdanie. Zgubienie literki lub dołożenie, zmienia diametralnie barwę odczuć: czekam i czkam, wróży róży w podróży, wrogów w rogu, itp.
Jak widać sposób odczytania tego co napisane, może zmienić sens, a tym samym odbiór uczuć, jakimi autor (tu myślę o sobie) chciał się podzielić z czytelnikami. Dążę do tego, aby teksty moje w długości przypominały fraszki lub aforyzmy, co jest powodem stawianej propozycji podpowiedzi zwrotów o charakterze mogącym zmienić sens słowa. Było by dobrze nie stosować ich i nie tworzyć możliwości niewłaściwego odbioru wrażeń, czego sobie życzę.
Pozdrawiam Grzegorz

Dyskusja
Anka – 5.04.2008
Nie każdy rodzi się poetą. Mam wiele uznania dla każdego, kto potrafi przelać na papier swoje przemyślenia, fantazje, tęsknoty… . Próbowałam kiedyś napisać krótką historyjkę i zabrakło mi cierpliwości. Nawet te moje krótkie komentarze wiele mnie kosztują. Najlepsza część życia mija nam na mówieniu. Pisz Grzesiu jak najwięcej. Masz we mnie wiernego czytelnika i nie zazdrość poetom. …

Danka – 9.04.2008
Grzegorz, dzięki za wpis. …

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria pięciu minut- zarys

Przeszło pięćdziesiąt lat, a więc nie mało, obserwuję swoją osobę oraz dostępną moim zmysłom, tzw. ludzkość. Odkryłem następną teorię, którą nazwałem „teorią pięciu minut”.
Zakładam, iż w głowie między zwojami mózgu musi istnieć organ odpowiedzialny za równowagę psychiczną. Ustaliłem, że funkcjonuje on analogiczne jak błędnik sterujący postawą pionową poruszającego się homo sapiens. Nazwałem go: „obłędnikiem”.
Znalezienie jego umiejscowienia pozostawiam lekarzom klinicznym. Jestem zbyt wrażliwy, aby babrać się w takim kłębowisku.
Jakie jest działanie „obłędnika”?
Otóż noworodek, niemowlę nie zna pojęcia bycia „normalnym” i co to znaczy zachowywać się poważnie, dorośle. Skoro nie wie, to nierzadko daje opiekunom do wiwatu swoimi wybrykami.
Nie powiemy o nim, że to objaw odchylenia psychicznego, co najwyżej, że jeszcze nie jest dobrze wychowane. Chociaż ostatnimi laty zdiagnozowano to zjawisko jako ADHD. Osobiście nie jestem przekonany do takich wniosków.
Młody człowiek instynktownie poczyna sobie niekonstytucyjnie w sytuacjach, w których dorosły od razu otrzymałby miano debila lub idioty. W takich przypadkach pełnoletni najczęściej wbrew własnej woli, trafia do miejsca bez klamek.
A tu właśnie jest zrozumienie i rozwiązanie problemu. Analogicznie do równoważenia postawy pionowej (wypinanie d..y podczas ukłonu), funkcjonuje „obłędnik”. Gdy chcemy zaistnieć w otoczeniu na poważnie, to właśnie dla zrównoważenia psychiki, musimy dać upust dzikim fantazjom. Oczywiście w dowolnej i stosownej fazie dnia takiej, aby nie załapać się na kaftanik. Z obserwacji wnoszę, iż minimalny czas to pięć minut na dobę takiego zachowania. Ale bardziej stabilną równowagę osiąga się przy dłuższym anomalnym funkcjonowaniu. Ale też bez przesady.
Noworodek po urodzeniu w swej geometrii różni się od osobnika dorosłego. Proporcja głowy do jego długości wynosi jedną czwartą i wraz z dojrzewaniem do pełnoletności zależność ta ma charakter wykresu hiperbolicznego. Im człowieczek starszy tym proporcja głowy do wzrostu zmniejsza się, co też zewnętrznie oznacza, że dziecinność w osobniku maleje. Jednocześnie zaznaczam, że proporcja ta nie osiąga zera. A na starość, gdy przychodzi się garbić, powstaje zakrzywienie paraboliczne, co jest zgodne z tzw. zdziecinnieniem staruszków. Jest to „oczywiste” wizualnie namacalne potwierdzenie mej teorii. Po prostu, trochę dziecka zawsze w nas musi być.
wykres.jpg
Oczywiście wartość zerowa jest możliwa, ale tylko dla osobników z atrapą głowy, czyli pełnym pustogłowiem (zdarza się to poniektórym naszym politykom), lub kompletnym brakiem takowej (niestety, tacy politycy też są na świecie i wcale nie koniecznie skazańcy po wykonanym wyroku).
Co się dzieje z człowiekiem zatwardziałym i nie skłonnym w ogóle do rozluźnienia?
Z czasem organizm daje znać o zachwianej równowadze i wówczas pojawia się depresja. A to zachowanie nie należy przecież do normalnego.
Jak to się dzieje, że jednak duża większość obywateli ma się dość dobrze w zdrowiu psychicznym? Otóż, jesteśmy podatni na wpływ innych (teoria o kołach zębatych). Przykład:. Choć wiemy, że „czytanie” szkodzi, instynktownie dajemy się skusić na jednego, a co za tym idzie i na drugiego. A później to bawimy się jak dzieci i nieraz nawet nie wiemy, jak znaleźliśmy się w domu. Czy wówczas zachowujemy się poważnie? Z całą pewnością nie. Ale na całe szczęście, społeczeństwo w tych przypadkach jest tolerancyjne. Nie spotkałem nikogo, kto dzwoniłby po pogotowie z bezrękawnikami, aby przyjść z pomocą „rozczytanemu” osobnikowi. Jeżeli już, to najwyżej zamawiany jest wygodny hotelik z zimnym prysznicem i paskami przy łóżeczku. A nazajutrz i tak wszystko wraca do normy, choć głowa boli. A to właśnie boli „obłędnik”. I to by było teraz na tyle. W końcu to tylko zarys teorii.
Pozdrawiam i życzę miłych przemyśleń nad swoimi pięcioma minutami.

Grzegorz, tym razem spec od psychorównowagi.

Dyskusja
Emigranci – 8.12.2007
… A Wujek to jest niesamowicie niepowtarzalny! Jednakże jest żywym przykładem na każdą ze swoich teorii! Stąd też są one (owe teorie) prawdziwe, realistyczne, namacalne. teorie Wujka są arcyciekawym spojrzeniem na ludzką naturę i równie interesującym sposobem na opisanie bądź wytłumaczenie działania jej różnorodnych mechanizmów zachowawczych. To oryginalne i niecodzienne spojrzenie na żywot człowieka poczciwego!
gorąco pozdrawiamy

Anka – 13.12.2007
No nareszcie … . Po przeczytaniu Twojej teorii 5 minut, muszę stwierdzić, że krzywa “obłędnika ” w naszym wieku ma minimalną wartość i wzrasta pod wpływem “kropelek”. Zazdroszczę tym naszym maleństwom. Są bardzo kochane, spontaniczne i takie mądre. Jedyna pociecha to fakt, że od 75 roku życia wartość krzywej wzrośnie, co nieco, ale wzrośnie. …

Kasia – 14.12.2007
Dawno tak się nie ubawiłam, (…) czytając przemyślenia wujka.
I tylko nie wiem, czemu jak się człowiek czasem powygłupia i to bez pomocy podręcznego księgozbioru, to go biorą za wariata??::))) I tylko pozazdrościć dzieciom, bo im jeszcze wszystko wypada. Pozdrowienia

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria kół zębatych

Obserwując to, co dzieje się wokół każdego z nas, zastanawia mnie, jaki jest mechanizm poczynań i zachowań w relacjach międzyludzkich. Co jest motorem takich, a nie innych działań? Konstatacja wielu zdarzeń, często przyjmuje sformułowanie, że pomimo wszystko życie i tak toczy się dalej.
Często słychać o tym, że ktoś coś kręci, że ktoś coś owija w bawełnę i temu podobne teksty.
Są to zwroty korelujące z zakresem kinematyki ruchu obrotowego. I to mnie zastanowiło. Odkryłem, więc następującą teorię życia. To już moja następna. Nazwałem ją: „teorią kół zębatych”. Stawiana przeze mnie hipoteza jest tylko zarysem. Mogę rozwinąć ją do formatu pełnej teorii, gdy tylko będzie na to zapotrzebowanie.
Otóż każdy z nas żyjąc, staje się kowalem swego losu. Ale kucie to nic innego jak podgrzanie, obracanie i walenie młotem w obrabiany przedmiot. A na koniec zahartowanie poprzez oziębienie. Wniosek jest prosty: nasz los to efekt odpowiedniego rozgrzania emocji, obijania się o otaczające i bijące nas młotki i odpowiednie kręcenie się w jednym lub przeciwnym kierunku (zawarte słowa „obijanie” i „młotki” proszę rozumieć w sposób powszechnie i popularnie znany). Końcowym etapem kucia swego losu będzie i tak ziemia, co każdego dokładnie schłodzi.
Spotykając się z innymi ludźmi i obcując z nimi, na co dzień, czy też okazyjnie, jesteśmy jak koła przekładni zazębiające się z kręcącymi się kołami o różnej sile oddziaływania. Im bardziej jest ktoś zakręcony i o dużej energii, jest w stanie nadać ton obrotów innym kółkom (a może„kołkom”?). Otoczenie przekonuje się do poglądów osobnika i do jego zachowań. Tworzy się tzw. autorytet. Ale obroty owego wodza (tak przeważnie jest nazywany) dość często są o niewłaściwym kierunku dla rozwoju humanitaryzmu. Paru takich historia dobrze zapamiętała i to właśnie z niesławnej strony (Adolf, Józef, Benito i wielu, wielu innych). Poznając stronę teoretyczno-empiryczną mechanizmów i maszyn, a zwłaszcza przekładni, zauważymy wiele związków zachodzących w tychże. Przykładowo: prędkości obrotów i momentów obrotowych zależą od wielkości kół, wytrzymałość, sprawność zależą od zastosowanych materiałów, niedokładności dopasowań, współosiowości i od jeszcze wielu innych czynników.
Spotykamy się często z sytuacją, gdy małe kółeczko kręci swoimi opiekującymi się kołami mamy, taty, dziadków jakby te koła były pozbawione własnego napędu. A jednocześnie w styczności z innymi zębatkami potrafią zgrzytać niezgodnością poglądów czy oceny zdarzeń. Zadziwiające zjawisko. Z historii pedagogiki wiadomo, że duże koło jest w swej inercji kołem zamachowym i to ono nadaje kierunek i tempo oblegającym go satelitom. Zdarzają się relacje podobne do przekładni ślimakowych, gdzie koło napędzane uzyskuje wolne obroty, ale za to siła jego jest olbrzymia, choć musi mieć przy sobie kręciołka pędzącego niby wariat. Zmiany zachowań owych osobników są prawie niezauważalne, ale za to dźwigają brzemię gospodarki, finansów, postępu techniki, co wcale nie oznacza, że działania te zawsze są pozytywne. O analogiach do zębatek i łańcuchów relacji międzyludzkich, mógłbym tu rozpisać się zbyt obszernie i zapewne zanudziłbym czytelnika. Rzuciłem tu paroma skojarzeniami.
Pytanie, po co.
Otóż moja teoria ma na celu uświadomienie między innymi Was czytelnicy, czy jako elementy społecznej machiny dobrze się w niej kręcimy i czy czasami ktoś nami nie kręci niewłaściwie, albo zamierza odłączyć nas od tych czy innych zębatek. Moja rada jest prosta. Po takiej mechanicznej analizie naszych obrotów tam gdzie czujemy, że ktoś nas pędzi w niewłaściwą stronę, wystarczy włączyć sprzęgło i spokojnie zazębić się z dobrymi zębatkami (przykładowo przestać oglądać ogłupiające seriale). Trzeba też zważyć, że z czasem nasze tryby mogą skruszeć i nie będziemy mogli dobrze się zazębić z tymi, na których nam zależy i w ostateczności zostanie nam nieprzyjemne tarcie o współplemieńców, czego sobie i Wam nie życzę.
Na koniec tego wstępu jedna prośba. Może ktoś zainteresuje się moją nową teorią i będę zmuszony ją całą napisać, to proszę o wpisanie do komentarzy przykłady przysłów, aforyzmów, sloganów i innych zwrotów o kręceniu, które zapewne gdzieś zasłyszeliście. Jak się możecie domyślać bez takich przykładów, ciężko będzie mi wyjść poza zarys do tej teorii.
Pozdrawiam. Dziś Grzegorz – filozof

Dyskusja

Emigranci – 6.11.2007
Ale wujek fajną zabawę wymyślił hi hi tak jakoś na pierwszy strzał poprzychodziły nam do głowy poniższe skojarzenia:
fortuna kołem się toczy
historia zatacza koło
każdy kręci gdy go nęci
zakręcony jak świński ogon
zakręcony jak baranie rogi
kręci się jak smród po gaciach
i kręci się kręci się koło za kołem (j.Tuwim “Lokomotywa”)
każdy orze jak może
ukręcić komuś łeb (chyba kleszczowi)
okazja przeszła koło nosa
Koło (miasto koło Konina)
Koło Przyjaciół Piwa
kółko graniaste
kręci się = interes dobrze idzie
kręci w brzuchu = zbiera się na wymioty po młodym winie
przekręcić kogoś = oszukać
przekręt = oszust
przekręcić się = umrzeć
pokręcony = obolały, gdy ma lumbago
kołem łamany = poddany torturom
zakręcony jak Wujek Grzegorz (pozytywnie oczywiście :-))
serdecznie i gorąco pozdrawiamy
My Emigranci

Anka – 7.11.2007
Dobrzy ci nasi Emigranci. Brawo… A u mnie dalej pustki w głowie i nic mnie nie kręci

Janusz – 10.11.2007
No, przyznam – filozofia nigdy nie była moją mocną stroną. Niemniej jednak teoria kół bardzo mnie zainteresowała. Trzeba będzie podumać nad tym. Zazdroszczę talentu oratorskiego – czy Ty na pewno nie startowałeś w wyborach? …

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Teoria o długości życia

Po przekroczeniu 50-tki i nie tylko, nachodzą człowieka, różne myśli. Myślę, że nie tylko mnie to się przydarza. Na podstawie moich zapisków, uważny obserwator doszedłby do wniosku, że mam obsesję na temat alkoholu i skutków związanych z jego spożywaniem. I myślę, że to jest prawda pomimo ubierania wpisów w różne wydarzenia. W tym naturalnym wytworze świata roślinnego (zboże, ziemniaki, winogrona, cukier) i współdziałającego tego drugiego (drożdże), jest coś fascynującego. I myślę, że nie tylko dla mnie, bo chętnych do wypicia jest wielu, a nawet bardzo wielu i nie od dziś. Jestem pewien, że temat ten będę ciągnął z uporem maniaka, ale proszę nie przejmujcie się tym i próbujcie dostrzec inne cechy piszącego tu osobnika. Przekroczenie pięćdziesiątki nasuwa mi pytanie, ile jeszcze lat przede mną. I nie pomaga wyśpiewywane sto lat na pociechę jubilatowi. Niewiadoma jest nieznana. „I bardzo dobrze”- cytuję z „Rysia”. Na podstawie obserwacji przeprowadzonych przez tych pierwszych pięćdziesiąt lat i dalej następnych, odkryłem teorię o długości życia. Zaznaczam, że jest to teoria nie oparta na badaniach naukowych, ale wcale nie musi być fałszywa. Jak każda teoria, o tym czy jest prawdziwa musi w sposób naukowy być potwierdzona lub obalona. A do tego czasu może być dobra. I tylko proszę nie zarzucać mi, że jest głupia. Otóż ustaliłem, że czas życia dostajemy przy narodzinach i wynosi circa wyśpiewywane sto lat. Bo gdyby było inaczej to śpiewalibyśmy np. sto pięćdziesiąt lub dwieście albo tylko osiemdziesiąt, co przy niektórych jubileuszach byłoby nietaktem. Czas ten jest jak pole koła. (Gdzieś słyszałem o kole życia. „Dharma-koło życia”. Dla mnie do tej pory obce pojęcie.) Koło jest figurą o największym polu w porównaniu do wielokątów wpisanych w to koło. To, co w życiu robimy porównuję do linii na okręgu. Każda czynność ma swój czas wykonania i kierunek, czyli rodzaj czynności. Stycznych do okręgu jest nieskończenie wiele, stąd działań ludzkich może być też nieskończenie wiele. Ale długość styczności jest nieskończenie krótka, stąd czas wykonania wszystkich w życiu byłby zbyt krótki, aby mógł być wykonany. Dlatego nasze koło przekształca się w wielokąt o różnej długości boków, w zależności ile czasu poświęcamy danej życiowej czynności. Rozważanie o polu życia przeanalizuję na najprostszym wielokącie o trzech ogólnych czynnościach dnia codziennego – czyli: snu, pracy i zabawy. Jeżeli te czynności będą zajmowały nam po 8 godzin, to uzyskamy trójkąt równoboczny, który ma największe pole ze wszystkich trójkątów wpisanych w zadane koło. Gdyby życie składało się tylko z tych trzech funkcji to ten żyłby najdłużej, kto równo rozdzielałby czas na te funkcje. W życiu niestety spotykamy różne odchylenia od tej zasady. I tu przytyk do tych moich bliskich i znajomych, którzy ów czas źle rozdysponowują. Są to znani wszystkim „niezastąpieni” , czyli pracoholicy. Bok pracy wydłuża się kosztem czasu zabawy (bo sen jako funkcja fizjologiczna nie daje się zbyt dużo skrócić) i powstały w ten sposób trójkąt ma bardzo małe pole. Wniosek nasuwa się sam, rzadko dociągają do emerytury. Nie poznałem też w dojrzałym wieku osobników o chronicznym wstręcie do jakiejkolwiek pracy. Wydłużony czas zabaw i wynikający stąd wydłużony sen doprowadza do powstania tak chudego trójkącika, że wszyscy ubolewają nad młodym wiekiem wypisanym na klepsydrze. To uproszczenie pokazać ma mechanizm tworzenia się pola figury jako czasu życia. Nasza figura to wielokąt o bardzo wielu funkcjach wykonywanych przez całe życie, takie jak jedzenie z piciem, fizjologia, „rozmnażanie”, praca fizyczna, praca umysłowa, sporty i wiele, wiele innych czynności. Powstały wielokąt jest średnią z każdego dnia. I jak widać najbardziej optymalną wielkość uzyskamy tylko wtedy, gdy codziennie będziemy w równomiernym stopniu dzielić czas na różne funkcje i im będzie ich więcej tym pole naszego życia będzie większe. I nie pomogą pracoholikom dwutygodniowe pełne laby, wypoczynki na zagranicznych wywczasach. Wystarczy porównać trójkąty pracusia i obiboka, aby dostrzec, że średnie pole nie ulegnie zmianie. O przykładach potwierdzających moją teorię „o długości życia” mógłbym napisać sporo, ale nie chcę nikogo zanudzać opowiadaniami o stulatkach palących, pijących i jeszcze rozglądających się za płcią. Ani zasmucać opisami uroczystości pogrzebowych młodych sportowców, czy też abstynentów lub dietetyków. Jest to tylko zarys mojej teorii i bardzo uproszczony. Nasuwa się przecież tysiące znaków zapytania o chorobach, chorobach dziedzicznych, o skutkach oddziaływania środowiska, o zakłóceniach rytmu czynności, jakie wykonujemy, itd., itd. …. Pełne opracowanie jest dużo, dużo obszerniejsze i… jeszcze nie napisane. Jak będzie taka potrzeba, to zrobię ten wysiłek. Czy moja teoria o długości życia jest fałszywa?. Proszę mi udowodnić, że nie jest prawdziwa. Ja w nią wierzę. A może zdarzy się, że ktoś ze Sztokholmu zapozna się z nią i w uznaniu coś mi tam wręczą?.
Wszystkim Wam życzę długich lat życia. Nie życia po życiu, ale jeżeli już, to pożycia w życie (w zbożu – nie mylić z czterema literami).
P.S. Jeżeli do zrozumienia tej teorii wymagane byłyby rysunki, to proszę zgłosić na adres kontaktowy, a ja w mig zamieszczę niezbędne obrazki (przecież nie wszyscy rozumieją matematykę).

Dyskusja
Anka – 19.02.2007
Bardzo interesująca teoria. Daje do myślenia. Pole figury wpisanej w koło = pole czasu życia. Dlaczego tą figurą jest trójkąt? Czy gra w scrable na komputerze to zabawa? Wiem, że myśląc o pracoholikach w rodzinie masz przede wszystkim nas na myśli, chyba się nie mylę. Bok pracy wydłuża się kosztem zabawy – zgadzam się z tym. Tylko jak to się ma do tych długich przerw w pracy. Pracujemy od września do grudnia bez przerwy, zabawy mało. Potem 2 tygodnie laby z dziećmi i wnukami-Święta Bożego Narodzenia..Potem od stycznia do kwietnia praca i znów tydzień wolnego -święta Wielkanocne, potem praca do 28 kwietnia i tydzień wolnego ,w maju matury i jeszcze czerwiec praca, a potem 2 miesiące zabawy, obijania się- WAKACJE. Tylko ciągle pusto w kieszeni i jak tu się dobrze bawić? Całuski dla Kochanego Braciszka. Emerytura Ci służy -Anka

WMT – 4.04.2007
PRZECZYTAŁAM, PRÓBUJĘ ODPISAĆ. IDZIE MI MOZOLNIE. OBIECAŁAM CI GRZESIU, WIĘC NIE MYŚL, ŻE MÓJ PRACOHOLIZM CAŁKOWICIE ODERWAŁ MNIE OD NORMALNEGO ŻYCIA TJ.KONTAKTU Z KOMPUTEREM. MAM NADZIEJĘ, ŻE TYM HEROICZNYM WYCZYNEM PRZEDŁUŻĘ SWÓJ ŻYWOT. POZDRAWIAM I LICZĘ, ŻE MI ODPISZESZ. IWONA

WMT – 9.04.2007

MYSLĘ, MYŚLĘ NAD TĄ TWOJĄ TEORIĄ TRÓJKĄTA WPISANEGO W OKRĄG I DOCHODZĘ DO WNIOSKU ŻE MATEMATYCY TO NAJBARDZIEJ PORĄBANI LUDZIE NA ŚWIECIE. WIELOLETNIA PRZYJAŻŃ ZWALNIA MNIE Z ZACHOWANIA NORM. ŻEBY W TAK PERFIDNY SPOSÓB ZASŁANIAJĄC SIĘ MATEMATYKĄ TŁUMACZYĆ SWOJE LENISTWO I UMIŁOWANIE DO DOBREGO JEDZENIA I PICIA? GRZESIU ŚWIAT BYŁBY BARDZO NUDNY GDYBYŚMY TAK RÓWNORAMIENNIE ŻYLI. JEŻELI, PRACUJESZ Z PASJĄ TO WŁAŚNIE TO JEST TO POLE ZBLIŻONE DO POLA KOŁA. DLUGOŚĆ ŻYCIA NIE WYRAŻA SIĘ W LATACH. MAM W NOSIE DŁUGIE ŻYCIE W CIEPŁYCH KAPCIACH. KOŃCZĘ TEN WYWÓD MAM NADZIEJĘ ŻE NIE POGNIEWASZ SIĘ NA MNIE I MI ODPISZESZ. PISZĘ DUŻYMI LITERAMI ZE WZGLĘDU NA SZACUNEK DO TWOJEJ OSOBY.

WMT – 10.04.2007
GRZESIU, DZIĘKI ZA ODPOWIEDŹ. TYLKO PRZYJACIEL ODPOWIEDZIAŁBY TAK ELEGANCKO NA TAK WREDNĄ PROWOKACJĘ. NATALKA POWIEDZIAŁA, ŻE NAWT NIE PRÓBUJE NAS ZROZUMIEĆ, BO MY NADAJEMY NA TYLKO SOBIE WIADOMYCH FALACH., I MA RACĘ. KAPITALNIE, SPRAWIŁEŚ, ŻE ZACZĘŁAM ROBIĆ TO PRZED CZYM BRONIŁAM SIĘ LATAMI. O DZIWO NAWET SPRAWIA MI TO PRZYJEMNOŚĆ. TEMAT TEORII ŻYCIA ZOSTAWIMY NA SPOTKANIE OKO W OKO, KIELICH W KIELICH. POZDRAWIAM CIĘ SERDECZNIE I BARDZO CIESZĘ SIĘ ŻE JESTEŚ. PRACOHOLICZKA .

Dodaj komentarz

powrót do spisu teorii

Ta strona powstała przy technicznej pomocy strony internetowe - ibex.pl. Wszelkie uwagi proszę wnosić w komentarzach lub pisać na info@pesel53.walbrzych.pl