Poziomki

-26.06.2007 r.
Właśnie skończył się jeden z milszych okresów w okresowym układzie, ale nie pierwiastków, lecz pór roku. Zakończyła się wiosna. Ale na pocieszenie zaczęło lato, w przeciwieństwie do rozpoczynającej się zimy na antypodach. Trzymajcie się ciepło Australijczycy.
Życie ucieka jak krajobraz zza szyb pędzącego pociągu. I szkoda, że tyle obrazów nie zdążymy w tym biegu obejrzeć. A przecież widoki te dalekie i te bliskie są bardzo interesujące. Coś wybrać trzeba. Tych dalekich jest tak dużo, że tysięcy lat nie starczyłoby, aby nasycić oczy i inne zmysły pięknem i smakiem, kulturą i obyczajami, fauną i florą miejsc, które chętnie zwiedziłoby się. Programy różnych telewizji, zajmujących się na szczęście tematyką przyrodniczo-geograficzną (i na te warto poświęcić trochę czasu), przybliżają te nieosiągalne miejsca. Ale też i tych bliskich jest spora ilość i też nie mało czasu potrzeba, na odwiedzenie zakątków bliższej okolicy. Dylemat zawsze będzie istniał. Czy raz w roku na szybkiego wygrzać ciało w Egipcie lub Tunezji, czy delektować się obrazkami okolicznej ziemi?. Nie będę rozwijał dalej tej myśli, bo niedosyt oglądu starożytnych ruin może być tak wielki, że możliwość ponownego powrotu w tamte rejony dopiero w następnym roku, może wywołać niekorzystne zmiany w psychice turysty. Wolę w takim razie mieć możliwość łatwego dostępu do tego, co mnie zachwyca i co jest dla mnie osiągalne. Dlatego też wolne chwile wykorzystuję z familią na ładowaniu pozytywnych emocji w obszarze okolic Polski południowej.
Ostatnio zaliczyliśmy dwie trasy i dwie wizyty. Zgodnie z postulatem, jaki sam postawiłem, z rzutu na mapę wybrałem trasę w okolicach Kowar. Szlak niebieski łączył się z czerwonym, a powrót zielonym i trochę polną drogą. Zapomniałem tylko popatrzeć na skalę. A tak po prawdzie, to trochę więcej zapomniałem. Po dojeździe do Bukowca stwierdziłem, że jako turyści, jesteśmy ślepi. Mapy zostały na stole. W całej wsi nie ma ani jednego punktu, w którym można byłoby zaopatrzyć się w ten niezbędnik. A jest to obszar Rudaw Janowickich. Od czasu do czasu przeglądam się w lustrze i szukam na mej gębie „uroku osobistego”. On to chyba sprawił, że pan odpoczywający na leżaczku był tak miły, że przywołał swoją małżonkę, a ta przyjazna osoba wyszperała w zakątkach domu całkiem przyzwoite wydanie kartograficzne tej okolicy. Trasa okazała się mniej ciekawa od poprzednich i przyszłych wypraw (mam taką nadzieję), bo była bardzo wyczerpująca fizycznie i premii widokowych niezbyt wiele. Dodatkowo pewne obszary lasu trąciły dziwnie nieprzyjemnym aromatem. Nielicznymi ciekawostkami są: akt osiemnastowiecznego wandalizmu, „wyśrubowane” drzewa, jagody o tej porze roku. Zauważyłem też ciekawy element trasy, którą się przemieszczaliśmy. Na zboczu góry, trawers szlaku umocniony był materiałem rodzimym, tak jakby drzewiej wędrowały tędy liczne zastępy „praturystów”. Nie mogę sobie wyobrazić dzisiejszych decydentów, aby takie udogodnienia fundowali amatorom widoczków. Na załączonym filmiku możecie obejrzeć jak ta wędrówka wyglądała i jej zakończenie w Kowarach, miasteczku tak ładnym jak Trutnow. Tylko mieszkańcy szukają czegoś w górze zapominając o spojrzeniu pod nogi.

Druga ekspedycja wiązała się z frustracją wywołaną poprzednią. Ale wybór trasy okazał się strzałem w dziesiątkę. Kierunek Mieroszów, zaraz za Wałbrzychem. Góra ma nazwę Stożek Wielki. Gęstość poziomic w Unisławiu zniechęca takich „herosów” jak ja, do próby zdobycia wierzchołka, zwłaszcza, że starsze mapy nie wskazywały żadnej trasy na ten szczyt. Na szczęście, nowsze uwidaczniają żółty kierunek poprzez Stożek Mały (góra przed tą większą od strony Sokołowska – nie doinwestowanej „perły” Gór Kamiennych). Z samego centrum kurortu wiedzie droga do celu naszej wyprawy. Godzina niezbyt forsownego wchodzenia i spełnienie celu ekspedycji. Wrażenia tak zapierające dech w piersiach, że…. wałówkę zjadamy na platformie widokowej, pomimo istnienia zachęcającej stołówki poniżej.
W drodze powrotnej wynajdujemy te „skarby” lasu, które coraz trudniej będzie pokazać następnym pokoleniom np. tytułowe poziomki. Podobnie, jak coraz trudniej na wsi znaleźć krowę na pastwisku, że nie wspomnę o świniach (sam nigdy nie widziałem, informacje znane mi z baśni o świniopasach).

Ze „służbowej” delegacji (odwoziłem teściową na wczasy do sanatorium) dedykuję bratu, siostrze i szwagrowi z Żor oraz koleżance Iwonce trzeci filmik z Kudowy Zdroju. Zmiany w tym uzdrowisku przypominają rok 2011, czyli końcówkę przygotowań do „EURO” w tej części kraju, która będzie organizować infrastrukturę mistrzostw.

Przeczytaj komentarze

  • Wreszcie doczekałam się. Czytam, oglądam, podziwiam, zazdroszczę i …wracam do szkoły by wspomagać studentów. Jedno co mnie dziwi, to że nie napotykacie na trasach turystów. Cisza, piękna przyroda i Wy. Miasta też jakieś opustoszałe. Czyżby już wszyscy wyemigrowali?…Kudowa cudowna….Dziękujemy i prosimy o jeszcze Anka i Andrzej.

Nagroda

-07.06.2007 r.
Już po maturze. Czekamy na wyniki bez emocji. Liczymy mniej więcej na 80%. Dalej wybór padł na nauki ścisłe. Papiery składać będziemy na Politechnikę. Wprowadzone domyślne „my” oznacza ciągłość genetyczną, czyli dumę każdego ojca. Wykorzystując naturalną przerwę pomaturalną przed długimi wakacjami, oraz sprzyjającą pogodę, realizujemy turystyczne założenie z okresu zimowego. Tym razem padło na okolice Marciszowa. Dokładnie trzy kolorowe jeziorka i szczyt Wielkiej Kopy. Miejsce bardzo ładne i bardzo ciekawe. Nazwa jeziorek dokładnie oddaje ich barwę. „Purpurowe” inaczej zwane „Czerwone” ma barwę w tym kolorze. „Błękitne” też jest w odcieniu niebieskim. I nawet trzecie „Zielony Stawek” ma zielone dno, czyli rośnie gdzieniegdzie na nim trawa, bo w tym okresie jest wyschnięte. I tylko wyobraźnią widzę zieloną rzęsę na powierzchni, gdy jest wypełnione wodą. Dalej spokojnym krokiem w ciągu godziny dochodzimy do szczytu. Tu otrzymujemy to, o co wszyscy wytężający swe siły wdrapują się na takie miejsca. Nagrodą jest zawsze zapierający widok na okoliczny teren, aż po krańce horyzontu. Krańce sięgające dziesiątek kilometrów, zwłaszcza przy pięknej pogodzie i przy wyższym szczycie. Taki widok ma chyba coś wspólnego z bytnością w niebie, stąd nie dziwię się ludziom narażającym nawet swe życie, wspinając się na wierzchołki Tatr, Alp czy też Himalajów. Co prawda, w tym życiu to tylko pooglądam fotografie z niedostępnych dla mnie miejsc. Ale i tak przy osobistym zmęczeniu i osiągnięciu jakiegoś wierzchołka, gratyfikacja mnie nie ominie.
Rośnie jednak problem. Otóż te szczyty, które z udziałem pięćdziesięciolatków i starszych, można zdobyć, zarastają coraz wyżej pnącym się drzewostanem. Zauważyłem, że większość zdobytych przeze mnie pików obrasta młodnikami. A domyślam się, iż nie są to tylko samosiejki, ale też wynik pracy leśników, tak jakby zależało im na zasłonięciu wierzchołka. Ale dlaczego?. Może nie lubią turystów?. Tego nie wiem i nie mam na to wytłumaczenia.
Wracając z Wielkiej Kopy, chciałem jak zwykle zmienić trasę i w konsekwencji może gdzieś zbłądzić. Jednak na mapie nie znalazłem takiego szlaku, którym moglibyśmy wrócić inną drogą, niż tą, którą tu doszliśmy. Analizując kolory tras i ich przebieg doszedłem do wniosku, że struktura marszrut nie uwzględnia w ogóle współczesnego, zmotoryzowanego, niedzielnego „pseudo turysty”.
W epoce przed-motoryzacyjnej i przed-telewizyjnej, turysta dojeżdżał pociągiem lub innym konio-podobnym środkiem, w pobliże ciekawego miejsca z namalowanymi na drzewach kolorowymi paskami i szedł przed siebie od jednego schroniska do następnego. Po jakichś paru miesiącach docierał do końca swej eskapady, wsiadał do pociągu i chwalił się wszystkim, że prawdziwy turysta nigdy nie wraca tym samym szlakiem. I ta opinia funkcjonuje do dziś – niestety. A jak tu nie wracać tą samą ścieżką, skoro na parkingu pod lasem, zostawiliśmy nasze ukochane cztery kółka.
Jak już w poprzednich relacjach opisywałem, turystów ciągnących prosto przed siebie jest chyba znikoma ilość, bo długie szlaki zarastają wysoką trawą. Nieliczne schroniska prosperują jedynie na „markowo-turystycznie” ubranych osobnikach, podjeżdżających furami pod sam obiekt.
W związku z taką sytuacją, pragnę podjąć inicjatywę i wraz z chętnymi opracować na bazie szlaków już istniejących, trasy powrotne do miejsc parkingowych dla turystów „jednego dnia”. Ścieżki te mogłyby przebiegać mniej atrakcyjnymi obszarami wykorzystując dukty służb leśnych. Trasy te miałyby być podobne do tworzonych obecnie tras rowerowych dla użytkowników tzw. „górali”, ale o długości nie przekraczającej połowy dnia deptania.
Opracowane przebiegi tras prezentowane byłyby na tej lub specjalnie założonej stronie
o takich wycieczkach. Po wydrukowaniu szczegółowej mapki, każdy niedzielny kierowca wraz z rodzinką, mógłby miło podreptać pieszo po wskazanych okolicach. Myślę, że ten pomysł jest wart rozpowszechniania i włączenia instytucji powołanej do propagowania turystyki, czyli PTTK.
Z pozdrowieniem na letnie wypady

Grzegorz z rodziną.

Przeczytaj komentarze

  • Przed chwilą wróciliśmy z Opola,gdzie spędziliśmy 2 dni na wędrówkach po parkach,urokliwych zaułkach.Zwiedziliśmy kilka galerii na świeżym powietrzu…Wrażenie jakie zrobił na mnie opis waszej wędrówki i film oddający wiernie ten opis nie może się równać z moimi przeżyciami.Jedyne wytłumaczenie dla takiego spędzenia wolnego czasu to wiek moich wnuków.Chciałabym bardzo by w przyszłości moje wnuki uprawiały turystkę wzorując się na was.Sudety i nie tylko Sudety mają tak wiele malowniczych,pełnych uroków miejsc,że życia nie starczy by wszystko przejść i zobaczyć.Już niedługo wakacje więc i my wyruszymy na wędrówkę.Pozdrawiamy i czekamy na relacje z następnych wypadów.

  • Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że dookoła nas są wyjątkowo piękne okolice. W zasadzie o tym miejscu dowiedziałam się z Waszego reportażu. Warto sobie zanotować. Mam nadzieję, że nasze dzieciaczki szybko podrosną i kiedyś wyruszymy również na wspólne wędrówki. A jak widać, jest co zwiedzać…Z turystycznym pozdrowieniem, Alina.

  • Ale piękna wycieczka. Gdybyście się tam jeszcze kiedyś wybierali, dajcie cynk.

  • Pomysł super. Na razie zachęcam na sierpniowy (10.08) wypad na Śnieżkę – okazja nie tylko dotlenienia płuc, ale także wyjątkowej Eucharystii odpustowej w kaplicy św. Wawrzyńca na szczycie. Pozdrawiam serdecznie

Trutnov

-23.05.2007 r.

Pozytywna ocena zdolności literackich, jakie próbują przypisać mi brat z siostrą, są dla mnie niewiarygodne, ponieważ to ścisłowcy. W jednym ostatnich z komentarzy, jak wynika z wiedzy o moich grafomańskich umiejętnościach z czasów licealnych, tajemnicza koleżanka z ław klasowych zdobyła się na wysoką notę moich wynurzeń. Ze skąpych informacji o sobie, nie wiem czy jej opinia może być dla mnie miarodajna. A może ona też z tych lepiej liczących niż „wodę” lejących? Osobiście chciałbym ładnie i przyjemnie dla czytelnika pisać. A, że sam nie lubię długich tekstów i takimi nie chciałbym nikogo obdarowywać, to najchętniej tworzyłbym poezję.
Wiersz to myśl ubrana w słowa. Najlepiej, aby myśl była jak ładna dziewczyna, a słowa skąpym, acz gustownym odzieniem na niej. Wtedy wiersz wszystkim na pewno by się podobał. I tak jak obraz dziewczęcia zostaje w pamięci, tak i przesłanie poezji też się utrwala. Niestety me myśli są prostackie, a zasób słów ubożuchny. Stąd też nie spodziewam się wielkiej poczytności moich zwierzeń. Staram się opisy w większości zastąpić nowoczesną poetyką, jaką jest fotografia i film. I mam nadzieję, że tymi środkami zachęcę do odbioru mojego postrzegania świata i zdarzających się przygód. Wszak niektórzy mi zazdroszczą.

Rozwój techniki motoryzacyjnej pozwala na łatwe przemieszczanie się w dowolne miejsce, w dowolnym czasie i w dowolnym kierunku oraz na dowolną odległość. Podobnie było drzewiej (moje ulubione słowo), wystarczyło „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet…” (autor nie uwzględnił ówczesnych realiów, tak pięknie niestety nie było). Wejście do UE jeszcze bardziej rozszerzyło możliwości turystyczne szarego obywatela.

Niedziela 20 maja, temperatura lipcowa, południe, mały prowiant i jedziemy przed siebie. Wstępny plan to łono natury. Bardziej szczegółowo określał rezerwat Kruczy Kamień koło Lubawki. Nie wiadomo, jakim sposobem samochód sam zajechał na przejście graniczne. Miły uśmiech celników i chcąc nie chcąc zatrzymujemy się pod „Lidlem” w Trutnov. Dziwne miasto. Dla mnie dziwne. W tak słoneczny dzień czyściutkie ulice, przystrzyżone trawniki, ładnie odnowione elewacje i co najważniejsze nie obmalowane w graffiti, tworzą atmosferę miasta z planu jakiegoś filmu. Sklepy pozamykane. Czynne tylko punkty z lodami i ogródki piwne. Kto zna efekt wiszącej wary, ten wie jak się czułem nie mając ani jednej korony. (Tu dygresja- zamarzyło mi się, abyśmy już byli w strefie euro). Od czasu do czasu przejedzie jakaś stara „skoda”. Trochę gości, w większości porozumiewających się znaną nam polszczyzną. A tak cisza i spokój. Jednym słowem wyludnione miasteczko. I zaraz domysły. Czy Czesi nie mają pracy i z nudów cały tydzień tylko sprzątają swoje miasto. A może klimat u nich inny i trawa taka skarłowaciała i posłusznie rośnie, a deszcze nie ociekają po elewacjach. Na asfalcie ulic widać, że jak znajdą małą dziurkę, zaraz zalewają ją z lekkim nadmiarem, jakby nie mogli poczekać, aż przyjmie rozmiary całego auta. Domyślam się, że oni z pewnością nie mają takich poważnych zajęć jak my. Wnioskuję, że są gorsi od nas w szukaniu haków w archiwach. Chciałbym, aby chociaż Dolnoślązacy byli tak dziwnymi ludźmi w porządkowaniu swojego otoczenia. Ale to tylko marzenia. Polacy niestety mają inne priorytety.

Prawdziwy turysta nigdy nie wraca tym samym szlakiem, więc i my w drogę powrotną udaliśmy się do Małej Upy na przejście na przełęczy Okraj. Tutaj też spotkaliśmy „dziwnych” Czechów. Oni na prawdę nie mają poważnych problemów. Zaczynam chyba rozumieć, dlaczego tylko Czesi potrafią zrobić czeski film. Zapraszam na film, ale nie czeski, tak myślę.

Przeczytaj komentarze

  • Czechów jest tak mało, że nie ma kto brudzić, a skoro nawet ich nie ma na ulicach, to się nie kurzy… więc i sprzątać za często nie trzeba. W Polsce też tak kiedyś będzie. Jak wszyscy wyjadą za granicę;) Ładny filmik – szkoda, że siedziałam wtedy w naszym najszybciej rozwijającym się mieście w Polsce. Swoją drogą Wrocław coraz bardziej mi się podoba i na pewno nie będziemy się go wstydzić w 2012 roku na Mistrzostwach.

  • Często jeżdżę i chodzę po Czechach. Zapraszam w rejon Frydlantu – piękny zamek, a 15 kilometrów dalej piękny zespół klasztorny w Hejnicach. Dla miłośników górskich pejzaży polecam przełęcz Bily Potok za Hejnicami. Widoki super i parking niedrogi. Tam jednak warto mieć coś cieplejszego na sobie, bo różnice temperatur potrafią być szokujące. Dojazd: Jelenia Góra – kierunek na Zgorzelec – skręt na Mirsk – zjazd na przejście graniczne Nove Mesto. Stamtąd albo wprost na Frydlant albo w lewo na Hejnice. Polecam gorąco.
    A co do relacji – podziwiam zwięzłość języka i sprawność warsztatową przekazu. Mam nadzieję, że to wodolejstwo to nie przytyk dla tych, którym słowa przelewają się na matrycę (jak ja). Pozdrawiam serdecznie

  • Grzesiu! Dzisiaj chyba Twoje Imieniny. Przyjmij z tej okazji najserdeczniejsze życzenia: zdrowia, pogody ducha, wewnętrznego spokoju, jak największej ilości pozytywnych refleksji (którymi nadal dziel sie z nami) i ciekawych okolic do poznania. Każdy dzień niech będzie wykorzystaną szansą realizacji swoich planów i zamierzeń. Do życzeń pragnę dołączyć “Irlandzkie życzenie”. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!

    Irlandzkie życzenie

    Niech zawsze będzie praca dla Twoich rąk,

    Niech w Twoim portfelu zawsze będzie moneta albo dwie,

    Niech zawsze świeci słońce w Twoim oknie,

    Niech przyjaciel zawsze będzie przy Tobie,

    Niech po każdym deszczu pojawia się tęcza,

    Niech Bóg napełni twe serce radością…

    Anonim

  • Z przyjemnością czytam,z zainteresowaniem oglądam filmy.Czekam na następne ….Przyłączam się do życzeń Janusza.Bardzo piękne i należą Ci się Grzesiu ….Pa Anka

  • Grzesiu! Najlepszego z okazji urodzin! Weny twórczej i fantastycznych pomysłów. Ciekawych obiektów do filmowania i tematów do filozoficznych rozważań. No i zdrówka. A propos zdrówka, to flaszka może być później.
    Basia

  • Grzesiu,piszesz cudnie i mówi Ci to nie lepiej licząca(choć z matmy miałam w liceum 4 a to było “coś”)ale lepiej pisząca koleżanka ze szkolnej-licealnej ławy. No pochyl się nad problemem, wysil szare komórki i zgadnij kto ja zacz. Po szkole, a właściwie to chyba już po studiach spotkaliśmy się. Były wtedy obecne i inne koleżanki z naszej klasy(chyba Iwonka, Ela, Irena o ile pamięć mnie nie zawodz,i a czasami to robi). Więcej szczegółów nie podam, chyba, że zapytam o Maurycego i Fryderyka może wiesz jak im się wiedzie? Czy już możesz mówić do mnie po imieniu? Pozdrawiam, przesyłam ukłony dla żony. Pa,pa do następnego napisania.

  • Niech Wujek nie będzie tak krytyczny dla siebie, bo gdyby te ,,myśli były naprawdę prostackie” i ,,zasób słów ubożuchny”, to na pewno z samej grzeczności i sympatii do Wujka nie zaglądałabym na tę stronkę, proszę mi wierzyć. Z pewnością tak uważają również pozostali szanowni czytelnicy i wielbiciele twórczości Pesela 53…Myślę, że Wujek robi kawał dobrej roboty i tak trzymać.
    A co do poezji, to bywa czasem trudna, zwłaszcza kiedy można się jedynie domyślać, czy to suknia zdobi, czy na odwrót… . Puszczam oko i do następnego!!!

  • Podoba mi się bardzo.

Ma(j)tura

-18.05.2007 r.
Wokół tyle się dzieje. Czy zmienią się dzieje?… Wszak historia lubi się powtarzać.
I jak zwykle, moja Małgosia ogranicza mi „twórcze” rozważania nad losem Polski, Polaka i emeryta w dodatku. Nad niedolą bytu w trzeciej i czwartej RP. Nad wszystkimi zgrabnie spisanymi oświadczeniami, które teraz jedynie do pieca. Nad wydarzeniami we wspólnocie europejskiej. Nad pustą dysputą polityków i komentatorów. Nad rozwojem i zastojem gospodarczym. Nad zatrudnieniem i przeludnieniem (w ościennych krajach). Nad siłowym uszczęśliwianiem obywatela… Nie pozwala no i już. Pewnie nie tylko mnie to spotyka. No i pewnie rację ma. Na pewno ma!!! Kobieta zawsze ma rację, a zwłaszcza żona. No właśnie, toż to marnowanie czasu w przygodzie życia. Przecież nie zostanę na „drugie życie, jak na drugi rok w tej samej klasie”, aby odrobić to, co zgubione. Z rozsądku rozmyślam, więc nad ciągotką mą do tych łąk umajonych, do tych lasów ocienionych, do strumyka szemrzącego w górach, fiołków pachnących, szyszek aromatyzujących. Chciałaby dusza do lasu, a … .

Czekam, aż Dorotka zda maturę i aura znów osiągnie właściwe wskaźniki, a wtedy zza drzwi usłyszycie: „nikto nie je doma”. Weźmiemy kanapki i w lesie zjemy je.
To trzytygodniowe oczekiwanie na ostatni egzamin, skłania do refleksji nad czasem mych lat szkolnych, czyli kawalerskich. A może były to czasy kawalarskie, tak w każdym razie wypominają mi moje ekscesy koleżanki z ław lekcyjnych oraz Małgosia, wtenczas narzeczona. Wstyd się przyznać, ale w owym czasie nie byłem zbyt pilnym czytelnikiem lektur i innych pozycji literackich. Ale był to wybór świadomy. Nie z lenistwa, ale z wrażliwości. Otóż po przeczytaniu jakiejkolwiek książki, analizowałem przygody bohaterów i porównywałem je ze swoimi przeżyciami. W tej konfrontacji moje życie młodego człowieka wydawało mi się szare, nudne, bez momentów. W ogóle bezbarwne jak telewizja w tamtych latach. Ogarniała mnie złość. Postanowiłem przygody we własnym życiu znajdować , a nie tracić czas na śledzenie poczynań i zazdroszczenie postaciom ich ciekawych losów. Postaciom często wyimaginowanym. Skoro przygoda to i wyszukane poczynania. Stąd też wygłupy, jakie wyczyniałem, mogły być podobne lub nieudolnie naśladowane właśnie z literatury pięknej. Ta przekora została mi do tej pory. Nie znoszę śledzenia losów bohaterów jakiegokolwiek serialu z ciągłością akcji. Nawet pomimo beznadziejności i nijakości ich losów. A może właśnie, dlatego. Obce, wymyślone, nieprawdopodobne w ilości różnych zdarzeń losy postaci, często nieudolnie grane przez młodych „wybitnych” aktorów, wręcz mnie irytują. Szkoda mi tylko tych odtwórców, że nie rozwijają swojego jeszcze nikłego talentu.
Taka postawa wcale nie oznacza, że ze sztuką nie obcuję. Ale też i mam kłopot z akceptacją współczesnych twórców. Ostatnio byliśmy z Małgosią na premierze w Wałbrzyskim Teatrze Dramatycznym . Gra aktorów dobra, godna polecenia, natomiast tekst młodego autora, obfitował w ciąg słów, które ja już coraz mniej obficie słyszę na ulicy (prawdopodobnie, dlatego że używanie wulgaryzmów jest karalne), a które w tej sztuce mogłyby być zastąpione takimi, jakie w przybytku sztuki chciałbym usłyszeć. I z pewnością utwór nie strąciłby na wartości, a kto wie czy właśnie by nie zyskał.

Obcowanie z Melpomeną doprowadziło także do spotkania trzech sióstr i obejrzenia „Trzech sióstr” we Wrocławskim Teatrze Polskim.

trzy.jpg

A ja, żeby nie zakłócać tej harmonii i symetrii, zrezygnowałem z możliwości spotkania ze szwagrami i „poczytania”. A propos czytania:

Wywiad z bacą:
– Baco jak wygląda wasz dzień pracy?
– Rano wyprowadzam owce wyciągam flaszkę i piję…
– Baco ten wywiad będą czytać dzieci. Zamiast flaszka mówcie książka.
– Dobra. Rano wyprowadzam owce wyciągam książkę i czytam. W południe przychodzi Jędrek ze swoją książką i razem czytamy jego książkę. Po południu idziemy do księgarni i kupujemy dwie książki, które czytamy do wieczora. A wieczorem idziemy do Franka i tam czytamy jego rękopisy.

Mogę się pochwalić, że też „napisałem” aromatyczny rękopis. Może nie każdy akceptuje ten smak, ale zapewniam, że zioła dobrze wpływają na zdrowie. Nieosiągalna w naszych „księgarniach” – kminkówka. A, że pogoda sprzyja zakąsce, upiekłem dwie blachy paluszków, a wręcz paluchów- tak urosły. Oczywiście nie znajdując w szafce maku, nafaszerowałem je ulubionym przeze mnie, kminkiem. Wszystko to niestety znikło już po dwóch dniach. I tylko, dlatego że Dorota jeszcze nie zmieniła nawyków smakowych i nie podbierała nam zagrychy. Taki sam manewr z suchymi wyrobami, zrobiłem w czasach licealnych w celu uzyskania lepszych notowań u koleżanek. Nie musiałem zbierać znaczków ani kolekcjonować płyt, aby podbić niewieście serca.

Jeszcze raz a propos dawnych chwil: przeglądam materiały z czasów pierwszej kamery i następnych. Proszę o cierpliwość, obrabiam je na wersję nadającą się do strawienia i będę takie mini filmiki prezentował na tej stronie. Może komuś z Was zrobię frajdę, jak przypomni sobie czasy jeszcze nie tak dalece odległe, a jednak ciekawe, bo już historyczne. Ale też prezentować będę momenty współczesne, które dzieją się wokół mnie trzymającego kamerę . Zastanawiam się czy nie stworzyć podstrony „prawda czasu, prawda ekranu”. Co o tym myślicie? Z takim zapytaniem – Grzegorz.

. A to skrót majowych wypadów w las, ale bez Doroty. Będąc odpowiedzialna za swój przyszły los, nie skorzystała z naszej oferty.

„Majówka”

Przeczytaj komentarze

  • Grzesiu, gdybyś tak pisał na j.pol w liceum to nasz prof. byłby zachwycony i miałbyś wielkie piątki nie tylko z matmy, która jak pamiętam przychodziła nad wyraz łatwo. Ciekawa jestem losów i innych naszych kolegów i koleżanek z liceum. Nie piszę kim jestem. Zgadnij, dla ułatwienia dodam, że dobrze mi się z Tobą tańczyło na imprezach, ze je nazwę “poszkolnych”. Całuję, pozdrowienia i ukłony dla żony!

  • Coraz bardziej podoba mi się twoja twórczość literacka….A pomysł na aktywny sposób życia młodego emeryta jest godny naśladowania… Strona “prawda czasu, prawda ekranu” to wspaniała propozycja. Z niecierpliwością oczekujemy na pierwsze filmiki z dawnych czasów…Pozdrowienia dla rodzinki, gratulacje dla Dorotki, a Tobie Braciszku jak najserdeczniejsze życzenia z okazji zbliżającego się jubileuszu.

    Anka z Rodzinką

  • Grzesiu! Myślę, że warto otworzyć warsztaty literackie (a może jakieś korepetycje dla naszych polityków). Łączysz piękno języka z ostrością obserwacji. Gratuluję i pozdrawiam

Ta strona powstała przy technicznej pomocy strony internetowe - ibex.pl. Wszelkie uwagi proszę wnosić w komentarzach lub pisać na info@pesel53.walbrzych.pl