Słońcem po twarzy

Każda z naszych wypraw po bliższych i dalej położonych pofałdowaniach terenu, kończyła się przeważnie piekącym, acz przyjmowanym z zadowoleniem, „plaśnięciem po gębie”. Tak odbieram swoją wrażliwą cerą promienie słońca smagające moją twarz. Widoki, szumy i zapachy przyjemne dla zmysłów, zostają na długo zapamiętane w „duszy”, ale zimową porą większość tych wrażeń niestety ulatuje. Dlatego też staram się choć płaskim obrazem spamiętać je na dłużej. Widoki przyrody, jakimi próbuję upstrzyć tę stronę, mogą wydawać się nudne, bo są jakoby powielane, nic nowego i zaskakującego nie wprowadzają do znanych z dnia codziennego obrazków z tego świata. Ale mnie osobiście sprawiają przyjemność i myślę, że każdemu turyście powinny być nieobojętne, bo po cóż męczyłby swoje mięśnie w plenerze. Obecnie, gdy temperatura powietrza zaczyna po zimowym letargu zbliżać się do wyjściowej w teren, to jeszcze jeden czynnik nie jest przyjazny dla podeszwy- śliskie błocko. Ale czas startu do ekstremalnych oraz dalszych eskapad zbliża się, z czego bardzo się cieszę. A wrażenie na policzkach już pojawia się, choć nie jest tak intensywne, bo póki co lico zagrzewam przy … rozgrzanym piekarniku. Coś ciekawego jest w procesie pieczenia, że nawet zintensyfikowałem te ogniste praktyki. Pierniki , jabłeczniki, drób w rożnych konfiguracjach i szynka w liściu laurowym, stały się już moją, pożądaną przez domowników, specjalnością kuchenną. Ostatnio z zaprzyjaźnionej przeze mnie piekarni dostałem do hodowli zaczyn. No i …. przygoda się zaczęła.

Zakwas rośnie karmiony przez „swego pana”. A łakomy jest niczym psina u stóp pańci. Łakomi na wypieki chlebowe z niego są i domownicy. Satysfakcja jest. Moim „przebojem” został chleb z żurawiną. I do śniadania i do kawy jako ciastko pasuje i smakuje. A jak coś smakuje, to i nutka zadowolenia zabrzmi w uszach. Nucąc różne melodie pod nosem i czekając na efekt elektrycznej spirali za szybą piekarnika, rozmyślam o analogiach zachodzących w życiu, a efektem zadumy są mniej lub bardziej kontrowersyjne teorie, moje teorie o życiu.

Teoria przygody.

Nie znalazłem dotychczas satysfakcjonującej mnie definicji życia. Definicji wyjaśniającej istotę, naturę i sens tego „zjawiska” tu na Ziemi, ale też odnoszącej się do jego drugiej strony… , życia po życiu. Wielu „znawców” dla zobrazowania aspektów egzystencji, przyrównuje naturę życia do podróży. Jak mniemam, ze stacji narodzin do stacji śmierci. Podróż, zwłaszcza we współczesnym świecie, kojarzy mi się ze środkiem transportu. Samochód, pociąg, samolot, statek powiązane są z wcześniej określoną i ustaloną, a niekiedy wręcz nakazaną trasą, uregulowanymi, dość sztywnymi procedurami podróży. (Asfalt, torowisko, płyta lotniska, porty rzeczne i morskie są dyskretnymi elementami ograniczającymi swobodę podróży). Jedną z niewielu zmiennych jest zmieniające się towarzystwo w trakcie tej ekspedycji. Ograniczenia cywilizacyjne, kulturowe, religijne, są „przedziałami” w życiowej podróży, która przez nie wydaje się z mijającym czasem być szara i nużąca w swojej monotonii widoków za „oknem” środka lokomocji życia. Każdy podróżny chciał czy nie chciał, ma wyznaczoną bliżej lub dalej, stację docelową. Jedni wiedzą po co tam dążą, inni nie wiedzą, a nawet nie chcą wiedzieć, choć zdają sobie sprawę, że nieuchronnie dojadą do swojego końcowego przystanku. Stąd też wiąże się różne podejście do sposobu i jakości podróży. Jedni na względzie mają tylko komfort podróżowania, inni znoszą ją z pokorą, przepychani i deptani po odciskach przez współpasażerów. Wszelkie sytuacje zachodzące w środkach lokomocji można przyrównać bez specjalnych zabiegów do relacji międzyludzkich zachodzących w życiu, codziennym życiu i odwrotnie. Choć jest jedno małe ale. W tej analogii brak mi czytelnej informacji, co się dzieje z „podróżnymi” na stacji docelowej oraz jak styl podróży wpływa na „powitanie” na dworcu końcowym.

Moja analogia dla życia jest podobna do wspomnianej, ale z tą różnicą, że opiera się na przygodzie w czasie podróży, przykładowo wycieczki w góry. Jest miejsce skąd wyruszamy na trasę i jest obrany cel, w życiu nazywany powołaniem. Jest określona marszruta, przeważnie wyznaczony szlak ustalony przez poprzednie pokolenia. Jest także ta szara i nieznośna, bo męcząca monotonia wędrówki, ale są też i piękne chwile. W czasie wędrówki spotykamy innych „turystów” o różnorodnej i ciekawej gamie charakterów. Przeważnie do wędrówki dobieramy współtowarzyszy, których motywujemy do wysiłku wspinaczki, albo którzy nas mobilizują do zwiększonej aktywności w pokonaniu trudniejszych etapów. Zdarza się też doznać na nierównościach urazu, który albo spowalnia tempo, albo ból nie pozwala na dalszą podróż. Do wyjątków nie należy zbaczanie z wytyczonej ścieżki, czego jestem rutynowym praktykiem. A zbłądzenie, może nastąpić, gdy szlak jest niestarannie oznakowany lub świadomie dokonujemy próby skrócenia drogi. Ale nie każde zagubienie prowadzi zawsze na manowce. Powroty na dobrą drogę często wymusza ukształtowanie otoczenia, tak jak w życiu, gdzie otoczenie ma wpływ na zmiany. Są też niestety i przypadki zakończenia ekspedycji przed czasem, ale to jest poboczny temat tego rozważania,( do dyskusji w gronie zainteresowanych tym tematem). Po osiągnięciu celu, który, gdy został okupiony znacznym wysiłkiem, wędrowiec zyskuje pełną satysfakcję i zadowolenie z osiągnięcia wyznaczonego celu . Są też zdobywane szczyty dzięki udogodnieniom stworzonym przez cywilizację, ale te wyczyny, jak mi się wydaje, nie zaspakajają poczucia zdania egzaminu z wypełnienia misji. Po powrocie z wycieczki, gdy już minie zmęczenie fizyczne, z sympatią wspominamy całą wyprawę i osiągnięty cel. Zdjęcia czy też filmy z takich wypraw pozwalają na zapamiętanie tego, co według podróżnika, było warte pochwaleniem się przed bliskimi. Cierpienia i zmęczenie podczas wspinaczki, które z pewnością miały wpływ na smak wędrówki, znikają bezpowrotnie i nie są uwzględniane przy wspominaniu przygody. Analogicznie, po drugiej stronie życia też nie będziemy wspominać niedoli i cierpień jakie nas spotkały w życiu, ale tylko to, co dobrego wynikło z naszego życiowego wyczynu. No i jak zostanie to nasze życie ocenione przez Tego, przed którym będziemy wspominać przygodę życia, naszego życia.
Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych składam wszystkim towarzyszącym w mojej wycieczce życiowej zdobycia swoich wytypowanych szczytów i abyśmy wspólnie mogli cieszyć się wspomnieniami z naszych przygód.
Przy okazji odkryłem prosty sposób na niemożliwe. Bo niekiedy niemożliwym dla człowieka jest przebaczenie. Moja recepta jest prosta. Zapomnieć uraz i nie odświeżać pamięci wzorem niektórych programów komputerowych. ( W skrócie wyczyścić cache lub ciasteczka strony internetowej).

Pozdrawiam – „podróżnik” Grzegorz

Dla urozmaicenia wpisu zapraszam na nasze zeszłoroczne wyprawy po ciekawych miejscach rejonu dolnośląskiego.

Zamek Czocha

Zwiedzanie Zamku Czocha – czerwiec 2011r.

Wodospad Podgórnej i Przełęcz Karkonoska
czerwiec 2011r.

Przeczytaj komentarze

  • Brawo, własny zdrowy chleb, cudowny zapach gdy się piecze. Na zakwasie jeszcze nie piekłam, ale na drożdżach piekę często, mam specjalną maszynę.
    Robię zakwas do żurku, muszę spróbować upiec na nim chleb. Ratujmy się kto może przed niezdrowym chlebkiem!

Ta strona powstała przy technicznej pomocy strony internetowe - ibex.pl. Wszelkie uwagi proszę wnosić w komentarzach lub pisać na info@pesel53.walbrzych.pl